Spis treści
Zebrane w tej części listy i odpowiedzi redakcyjne dotyczące Brodowych Łąk pochodzą z lat 1881–1936. Większość z nich ukazała się na łamach „Gazety Świątecznej” – jednego z najważniejszych pism ludowych Królestwa Polskiego – choć pojedyncze materiały publikowano również w prasie okresu międzywojennego. Są to jedne z najstarszych znanych wypowiedzi mieszkańców Brodowych Łąk zachowane w druku. Pozwalają prześledzić nie tylko najważniejsze wydarzenia z dziejów miejscowości, lecz także sposób myślenia jej mieszkańców, ich aspiracje i troski oraz przemiany społeczne zachodzące w tej części dawnej Puszczy Zielonej u schyłku XIX i w pierwszej połowie XX wieku.
Pierwsze listy powstawały w okresie, gdy Brodowe Łąki znajdowały się w granicach Królestwa Polskiego pod zaborem rosyjskim. Był to czas stopniowego rozwoju oświaty ludowej, upowszechniania czytelnictwa, wzrostu znaczenia prasy oraz kształtowania się nowoczesnej świadomości społecznej mieszkańców wsi. Istotną rolę odgrywały wówczas parafia i Kościół, pełniące nie tylko funkcje religijne, lecz także będące ośrodkami życia społecznego, edukacji i lokalnej samoorganizacji. W wielu wsiach gazeta stanowiła pierwsze regularne źródło informacji o świecie, a wspólne czytanie prasy i książek było ważnym elementem życia wspólnotowego.
Autorami zamieszczonych materiałów byli zarówno anonimowi mieszkańcy, jak i osoby znane z imienia i nazwiska. Najstarszy zbiorowy głos społeczności reprezentują autorzy podpisujący się jako „Puszczanie”. Najważniejszą postacią pojawiającą się w tej części książki jest Franciszek Pieńkosz (zapisywany również jako Pieńkos), gospodarz z Brodowych Łąk i wieloletni prenumerator „Gazety Świątecznej”. Jego listy z lat osiemdziesiątych XIX wieku należą do najwcześniejszych zachowanych świadectw aktywności obywatelskiej mieszkańców regionu. W korespondencji poruszał kwestie rozwoju czytelnictwa, propagowania trzeźwości, życia parafii oraz odpowiedzialności za dobro wspólne. Był przedstawicielem pokolenia gospodarzy, które dzięki prasie, książkom i działalności miejscowego duchowieństwa stopniowo przechodziło od kultury ustnej do aktywniejszego uczestnictwa w życiu publicznym. W materiałach prasowych z początku XX wieku występują również O. Jurczak oraz Aleksander Sztemberg (Sternberg). W przypadku Jurczaka istnieją przesłanki pozwalające identyfikować go z Aleksandrem Jurczakiem (1885–1972), organistą i dokumentalistą pieśni kurpiowskich. Autorem ostatniego zamieszczonego w tym zbiorze listu jest Adolf Kowalewski – kowal z Brodowych Łąk.
Zakres tematyczny prezentowanych materiałów jest bardzo szeroki. Najczęściej dotyczą one życia parafii: budowy i odnawiania kościoła, działalności kolejnych proboszczów, organizacji uroczystości religijnych oraz wspólnych przedsięwzięć mieszkańców. Autorzy piszą również o potrzebie oświaty, czytelnictwie, ruchu trzeźwościowym, przemianach obyczajowych, codziennych problemach gospodarskich i wydarzeniach poruszających lokalną społeczność. Obok obszernych korespondencji znajdują się krótkie wzmianki redakcyjne, odpowiedzi kierowane do czytelników oraz informacje o nagrodach i konkursach.
Szczególnie interesującym zjawiskiem jest udział mieszkańców w kulturze czytelniczej skupionej wokół prasy ludowej. Brodowe Łąki nie były jedynie biernym odbiorcą gazet. Już w 1881 roku mieszkańcy pisali o organizowaniu wspólnych czytań oraz tworzeniu niewielkich zbiorów książek przeznaczonych dla całej parafii. Franciszek Pieńkosz przez blisko trzydzieści lat pozostawał prenumeratorem „Gazety Świątecznej” i wielokrotnie figurował wśród osób nagradzanych przez redakcję. W 1884 roku otrzymał kolorowany obraz przedstawiający kaplicę Matki Boskiej Częstochowskiej, w 1910 roku wylosował książkę, a rok później nagrodę w postaci nasion warzyw. O. Jurczak i Aleksander Sztemberg byli natomiast wymieniani wśród osób nadsyłających poprawne rozwiązania konkursów i łamigłówek publikowanych przez „Tydzień Polski”. Wzmianki te pokazują, że mieszkańcy niewielkiej puszczańskiej parafii uczestniczyli w ogólnopolskim obiegu informacji, traktując prasę nie tylko jako źródło wiedzy, lecz także jako formę intelektualnej rozrywki i kontaktu ze światem.
Na uwagę zasługują również materiały opisujące dramatyczne wydarzenia z życia mieszkańców Brodowych Łąk. Franciszek Pieńkosz opisał sprawę kradzieży koni zakończoną śmiercią dwóch napastników i postępowaniem sądowym przeciwko właścicielowi zwierząt. W 1887 roku przesłał do redakcji relację dotyczącą „strasznej zbrodni”, której nie zdecydowano się opublikować ze względu na drastyczny charakter. W okresie międzywojennym pojawiają się również listy dotyczące zabójstwa popełnionego w stanie nietrzeźwości, skutków kryzysu gospodarczego i nieuczciwej konkurencji oraz śmierci członka rodziny w szpitalu.
Szczególnie cenne są najstarsze listy z 1881 roku. Ukazują społeczność świadomą własnych ograniczeń wynikających z ubóstwa, niewielkiego dostępu do edukacji i wieloletniego odosobnienia, a zarazem otwartą na nowe idee płynące z prasy i oświaty. Świadectwa te pokazują Brodowe Łąki nie jako peryferyjną osadę zagubioną pośród puszczańskich lasów, lecz jako środowisko uczestniczące w przemianach społecznych końca XIX wieku.
Zgromadzone materiały stanowią jeden z najwcześniejszych zapisów tego, jak sami mieszkańcy tej części Puszczy Zielonej opowiadali o sobie, swojej historii i swoich aspiracjach. Nie oglądamy tu Brodowych Łąk oczami urzędnika, etnografa czy podróżnika, lecz przez relacje ludzi na co dzień związanych z tą ziemią. Dzięki temu stanowią cenne źródło do dziejów Brodowych Łąk i całych Kurpii, dokumentując przemiany zachodzące od końca XIX do pierwszej połowy XX wieku oraz proces przechodzenia od świata tradycyjnej społeczności puszczańskiej do rzeczywistości coraz silniej związanej z prasą, oświatą, kulturą czytelniczą i nowoczesną komunikacją społeczną.
Omulew w Brodowych Łąkach
[Na podstawie fotografii z 27 lipca 2024 r.
Otyliazkurpi, Wikimedia Commons]
(na granicy guberni płockiej i łomżyńskiej)
Panie Pisarzu Gazety!
I my też, mieszkańcy Puszczy Ostrołęckiej i Myszynieckiej, przez łaskawą opatrzność Bożą dostaliśmy do rąk Wasze pismo „Gazetę Świąteczną”. Przeczytaliśmy kilka numerów i ucieszyło nas, że są gdzieś tam daleko ludzie, co o takich jak my nie zapominają: chcą nam podać rady, oświecić umysły, podnieść z długoletniej ciemnoty i uczynić ludźmi według Boga i serca.
Byli pono i kiedyś dawniej, co tak pięknie o swoich braciach myśleli, co pisali i chcieli uczyć, jak żyć, jak pracować, aby się Bogu i ludziom podobać, ale my, odgrodzeni od reszty świata lasem i piaskami, nie mieliśmy u siebie nigdy tych błogich wzorów oświaty.
Lat dwieście, a może i więcej, jak pradziadowie nasi zaczęli osiedlać się w tych leśnych puszczach, jak zaczęli kopać i uprawiać tę biedną ziemię, którą my dziś kopiemy. Powiadamy — biedną ziemię; oj, boć prawda to istna! Nie masz pewno w Królestwie tak chudej i ubogiej ziemi, jak jest ziemia nasza. Piaski, błotne niziny, wody i bory — to nasze bogactwo; nic więcej do wygód naszych nie mamy.
Smutne jest nasze życie i w ciągłym zurgu*) schodzi; ponoć i ciężej pracujemy w roli niźli inni mieszkańcy kraju, a przecież nędzny jest nasz kawałek chleba. Chatki mamy bo schludne, chudoby Bóg nam darzy po trosze, boć przy dostatku siana, choć tym bogactwem znaczy się i ratuje puszczański gospodarz.
Bywało, że przodkom naszym wiodło się lepiej, był dobytek w oborze, były pasieki przy domach i w borach, było i prawo bartnicze dla puszczy, boć nam tak opisują książki; był i lud dzielny (jak na przykład brat Konwa, który gromił Szweda), dla niewielkiej ludności był i chleba dostatek.
Ale dziś nad ziemią naszą, z natury swej biedną, zaciążyły grzechy nasze, bo chociaż religię świętą i kościoły mamy, to jednak zmieniły się obyczaje, upadła moralność i cnota, a w długoletniej ciemnocie połowa ludu zgnuśniała. Wielu braci naszych jest takich, co to ni do Boga, ni do ludzi — nędza im wielka doskwiera, a my, co trochę lepiej poznajemy i powołanie człowieka, i sprawy Boże na ziemi, z boleścią serca patrzymy na tych wszystkich, co jak błędne owce wśród lasów żyją, nie myśląc o jutrze.
Toteż jak wy po przyjacielsku i serdecznie witacie nas swoim pismem, i my również całym sercem przyjmujemy wasze dobre słowa i wasze rady. Po kilku wiekach ciemnoty to dla nas najpierwszy i najwierniejszy zwiastun oświecenia — dla nas i dla naszych dzieci.
I dlatego też uchwaliliśmy jednomyślnie i prosimy o łaskawe przysyłanie trzech egzemplarzy Waszego pisma na ręce Wielmożnego Jegomości Księdza Proboszcza w Brodowych Łąkach, na co należną opłatę roczną załączamy, oraz rubla jednego na zakupienie książeczek odpowiednich dla nas, które razem z pierwszymi numerami otrzymać pragniemy.
Za wcześnie to może jeszcze o tym mówić, lecz dla zachęty drugim naszym braciom podajemy, że pod łaskawym przewodnictwem naszego ojca duchownego umyśliliśmy wprowadzić co niedzielę i święto w trzech wioskach czytania niedzielne, do czego nam posłuży wasze pismo i inne dziełka, które podług możności i podług wskazówki waszej zakupować będziemy.
Człowiek sieje, a Bóg wzrost daje — powiada przysłowie — toteż i my pragniemy, aby dzieci nasze i wszyscy bracia zamiast przesiadywania po karczmach, gdzie grzech i zgorszenie panuje, lub też marnowania czasu na swawoli po drogach, raczej razem z nami usiedli, uczyli się i dowiadywali, co też tam ludziska robią po świecie, jak im się wiedzie, jak ich Bóg błogosławi za dobre, a za złe karze.
O postępie i owocach tej naszej pracy, jak również o wielu innych rzeczach z naszej okolicy godnych waszego pisma, kiedy niekiedy pisać do was nie zaniedbamy.
A teraz, ufni w słowa wieszcza, który mówi: „czyń każdy, co każe duch Boży, a całość sama się złoży”, żegnamy Was serdecznym Bóg zapłać.
Puszczanie
Upraszamy Pana Pisarza Gazety Świątecznej o wydrukowanie tego listu, a to dla zachęty innym sąsiadom naszym na puszczy.
*) zurg — znaczy po puszczańsku kłopot.
Młode pokolenie chwyta się różnych niepotrzebnych wymysłów
(w guberni płockiej, powiecie przasnyskim)
Był już raz list w gazecie i z naszej biednej puszczy, ale ja mam teraz ochotę podać wiadomość o trzech wsiach naszych należących do parafii Brodowe Łąki. Jak wszyscy bracia moi rolnicy, co ciężką ręką piszą, tak i ja zaczynam od tego, co nas najwięcej obchodzi i co nam pociechę lub smutek sprawuje.
Oto żyjemy wszyscy, jak to mówią, po staremu: kopiemy i przewracamy ziemię, aby mieć trochę chleba. Ale przy starej pracy nowe troski czasem na nas przychodzą. Ludek tutejszy, jak wszystkie na puszczy – w dawnych czasach bardzo pobożny (jak się daje słyszeć ze starych podań) – parę dziesiątków lat temu oddawał się obrzydliwemu pijaństwu.
Przyszedł potem na niego czas opamiętania: ludzie u nas i starzy, i młodzi, doprowadzeni do biedy i nędzy, przysięgli przed Bogiem i przyrzekli sobie, że już nigdy do tej niecnej pijatyki nie wrócą. Za staraniem kapłanów i nas starszych ludzi trwało to powstrzymanie dosyć długo i nikt z nas do dziś dnia po ten trunek ręki nie wyciągnął. Przy wstrzemięźliwości była też zgoda i braterstwo między dziatwą naszą.
Ale teraz ze smutkiem a boleścią powiedzieć trzeba, że młode pokolenie chwyta się różnych niepotrzebnych wymysłów w przestroju odzienia, a potem – nie znając ślubu, który my uczynili – spieszy do szynków na bawara, a nareszcie dochodzi do rozpusty i poniewierki przykazań Bożych. Prawda, że jest po niewielu tylko takich wyrodków w trzech wioskach naszej parafii, ale i to nam hańbę przynosi. Daj Boże, żeby spełniło się to, o czym pisaliście w numerze 42 „Gazety Świątecznej”: by szynki po wsiach osłabły, a gospody chrześcijańskie zapanowały.
Ale co prawda, to w naszej wiosce Brodowych Łąkach utrzymujemy stary zwyczaj w odzieniu. Jednej tylko nowości pragniemy: byśmy mogli poznać oświatę i u cywilizowanych narodów mieć poszanowanie; aby nad nami rozum zapanował i stał się światłem prawdy u wszystkich naszych współbraci.
Bóg też nam zesłał dobrego kapłana, który gorliwie i w pocie czoła nad nami pracuje w kościele i w parafii, do trzeźwości i pracy nakłania – i widać nieraz, jak od mozolnej pracy na ambonie, wśród zgromadzonego ludu, spływa pot z jego czoła. Bóg dobry niechaj zlewa na niego wszelkie łaski, a my dziękujemy za to, że tępi złe, a rozsiewa dobre. W Bogu nadzieja, że i tych kilku oderwanych od nas ludzi niedługo nawróci się i połączy z nami.
Za staraniem naszego ojca duchownego każda wioska parafii naszej odbiera gazetę; z jego też poręki mamy już zakupionych za 10 rubli blisko różnych książeczek, które co niedziela i święto wspólnie na zebraniach czytamy. Podobają nam się te rady dobrych ludzi – o, bo i komu by się nie podobało tyle i tak pięknych rzeczy, o jakich tam ci poczciwi ludziska piszą!
Najlepiej utrzymały się mnie w pamięci rady albo badania nad umoralnieniem ludzi. O, jakże to tam dużo a pięknie ten 75-letni staruszek pisze, jak po ojcowsku mówi i radzi, to aż ochotno przy tej książce posiedzieć; aby szkółki wiejskie były po parafiach; aby w każdej wsi był dozór gromadzki z poczciwych gospodarzy złożony, który by baczył na obyczaje młodzieży; aby były ochronki dla dzieci, lekarze gminni lub felczerzy ratujący nasze życie i zdrowie itp. Nieprędko doczekamy się może tego wszystkiego, ale cieszy nas i to, że choć nigdzie nie bywamy, dowiadujemy się i uczymy się, jak jest i jak być powinno na świecie.
Upodobanie w takiej zabawie i nam już przynosi pożytek, bo ludzie przestają próżno wałęsać się po wsi, a słuchają i uczą się, jak Bogu i bliźniemu służyć, jak gospodarstwo swoje i mienie w dobrym stanie utrzymać i z niecierpliwością nieraz wyglądają świeżych numerów gazety, i nowin, jakie tam pan pisarz nam przyśle.
Z wiosną przystępujemy do naprawy naszego kościoła. Mamy też postanowione zakupić znowu więcej książeczek dla tych, co pilniej przychodzą na nasze zebrania oraz co lepiej umieją czytać. Każdy taki dostanie dla siebie albo jaką książkę historyczną, albo do nabożeństwa. Jak to zobaczą, to może i drudzy, co jeszcze oddają się próżnowaniu i trunkom, przejdą na naszą stronę. Żebyśmy to wstrzemięźliwie i trzeźwo wszyscy na zebraniu powitać się mogli, z czego niech płynie nam – jako braciom jednej parafii – wspólna sława, ojcu duchownemu pociecha, a Bogu chwała!
A teraz podaję wiadomość o jednym wypadku, który może być ludziom przestrogą. Będzie parę miesięcy, jak ukradziono pewnemu gospodarzowi we wsi Krukowie parę koni i wóz. Gospodarz spostrzegł to prędko i uczynił gwałt po wsi. Sąsiedzi, zerwawszy się ze snu, zbiegli się co prędzej, wpadli na ślad, dali gospodarzowi silnego konia i wraz z nim sami puścili się w pogoń.
Poszkodowany gospodarz pędził bez litości, pozostawił przy tym sąsiadów daleko za sobą. Dopada on złodziejów, zabiega im drogę, wołając: „Stójcie, panowie!”, chwyta konie za cugle i krzyczy: „To moje!”. Na to jeden z rabusiów wypada z wozu i uderza gospodarza w głowę. Gospodarz z rozpaloną krwią chwyta deskę z wozu, czyli siedzenie, i broniąc się, godzi rabusia w łeb. Tymczasem drugi rabuś wpada na gospodarza – ale i ten został tak samo ugodzony śmiertelnie. Trzeci widzi, że nie żartem, więc zmyka jak niepyszny w stronę. Teraz dopiero dobiegli sąsiedzi, ale już było po wszystkim. Leżało dwóch Żydów zabitych, a kto był trzeci, nie wiadomo. Właściciel koni sam do winy się przyznaje, że od jego własnej ręki są zabici. Z tego powodu było śledztwo i sprawa ta jest w sądzie, a co będzie, to nie wiadomo. Od tego czasu o kradzieżach koło nas nie słychać, tak jakby je na kłódkę kto zamknął
Panie pisarzu „Gazety Świątecznej”, upraszam bardzo pięknie o wydrukowanie mego listu, a to dla zachęty moim braciom, i proszę o poprawienie, gdzie co jest niedorzecznego, bo mój umysł chłopski, a ręka ciężka od pracy.
Gospodarz,
Franciszek Pieńkosz
Prawdziwymi obywatelami kraju jesteście
Pan Ludwik Borek, stolarz w Dubnie, nadesłał nam list, który kończy takimi wyrazami: „Za niezgrabne pisanie przepraszam, gdyż od hebla do pióra bardzo trudno”.
Pisarz Gazety Świątecznej nie patrzy jednak na to, czy kto zgrabnie lub niezgrabnie pisze, przeciwnie, tym większą czuje on radość, im lepiej znać po piśmie, że wyszło spod ręki, która nie do próżnowania, ale do pracy pożytecznej jest przyzwyczajona.
Listy takich ludzi, jak pan Ludwik Borek, stolarz, jak panowie: stelmach Mięsowski w Przasnyszu, szewc Kazimierz Bortnowski w Bindudze, Wincenty Boroń, rzemieślnik we wsi Chrobrzu, K. K., snycerz w parafii Nidockiej, włościanie gospodarze: Józef Marchel w Krzemieniu, Piotr Bolesta w Tchórznicy, Stanisław Deptuła w Kacicach, Maciej Pakuła w Orzechowie, Ludwik Wojewoda w Sędowicach, Franciszek Grzeszuk w Ostrówkach, Franciszek Pieńkosz w Brodowych Łąkach (na Kurpiach), Tomasz Jarzębski we wsi Nowina-Narty lub mieszczanin rolnik Jan Szypulski w Filipowie i inni — listy takich ludzi, choć w nich to to, to owo poprawić przyjdzie, są dla Gazety naszej chlubą największą, a dla kraju świadectwem, że wśród włościan i mieszczan naszych są prawdziwi i światli obywatele, że stany te mają już w niektórych okolicach pośród samych siebie przewodników na drodze do dobrego, do obyczajności i do oświaty.
Kiedy w dawnych czasach sama szlachta była uważana za obywateli, to dzisiaj wy, mieszczanie i włościanie, na równi ze szlachtą, jeśli tylko pojmujecie swoje położenie i obowiązki, prawdziwymi obywatelami kraju jesteście.
Że zaś są między nimi obywatele nie tylko dbający o własną oświatę, ale chcący ją i na drugich przelać, oprócz wielu świadectw, jakie już mieliśmy i w części podawaliśmy w Gazecie, mogą świadczyć także i słowa następujące, które z listu pana Borka wyjmujemy.
Oto co on pisze: „Za podaną w Gazecie radę, jak uczyć czytać i pisać na książce „Obrazkowa Nauka”, załączam serdeczną wdzięczność, bo przy pomocy Boga i za pośrednictwem Gazety w przeciągu siedmiu tygodni nauczyłem z tej książki czytać i jako tako pisać dwóch małych chłopczyków i nie zbaczam z tej prostej i wiadomej już drogi do oświaty. Postępuję i dalej za tymi radami w imię Boże...”
Nie obrażajcie się, bracia Puszczanie
R. 2, 1882, № 13 (65), str. 1-2
Czytelnik „Gazety Świątecznej” w Krasnosielcu, pan Jakub Grabowski, rozmawiał niedawno z drugim czytelnikiem, panem Walentym Obrębskim, gospodarzem z Baranowa. Aż ten ostatni w rozmowie tak powiedział: „Przysłuchalim się, że w Brodowych Łąkach otrzymują gazetę, i my więc w latosim roku złożyliśmy się i odbieramy gazetę. Przysłali nam i kalendarz. A co to w tym kalendarzu jest różnoty! Nawet o nas tam jest napisano! Nie ganią oni nas, ale nazywają nas Kurpiami. Ja myślałem, że to tylko te wasze szulery nas tak nazywają, a to nawet w pismach tak jest! Zdaje się, że oświecenie w pismach [oświatę] nasz naród poznaje i młodzi się przestrajają już po szlachecku, a w kurpiach nie chodzi nikt, chyba w chodakach – i to tylko w powszedek – a to wszystko nic nie znaczy! Niżej człeka cenią niźli bydlę, bo kurp upleciony z łyka nie znaczy i za koguta. Takie warszawiaki powinni nas zwać chłopami puszczanami; nazwa nasza powinna być od miejscowości, a nie od ubóstwa ojców i dziadów naszych”.
Pan Obrębski to powiedział, a pan Grabowski słowa jego spisał i nam przysłał; my zaś, powtórzywszy je tu w „Gazecie”, dajemy tłumaczenie.
Nie gniewajcie się, bracia, i nie obrażajcie się, kiedy was kto zwie Kurpiami, bo nie ma w tym nic złego. Nie tylko w Warszawie, ale i w całym kraju Kurpiami was nazywają, a czynią to nie w żadnej złej myśli i nie dlatego, żeby was nisko cenili, broń Boże! Przeciwnie – mówią wszędzie, że Kurpie to lud dobry, poczciwy, pobożny i pracowity; wszędzie was uważają jak najlepiej. Nazwa Kurpie od dawnych czasów weszła w zwyczaj; nazywają was Kurpiami, choć nie wiedzą nawet często, że wy sami tak nazywacie obuwie z łyka plecione.
A i obuwie z łyka plecione nie jest złe i nie trzeba się go wstydzić. Dawniej w całym kraju naszym wszyscy takie obuwie na nogach nosili. Oto i ojciec królów polskich, Piast, w takim obuwiu niegdyś chodził; tak samo i pierwszy książę czeski, Przemysław.
A choćby ojcowie i dziadowie nasi z ubóstwa tylko obuwie takie nosić mieli, to czyż nam się tego wstydzić? O nie, uchowaj nas Boże! A toć tylu świętych dobrowolnie w ubóstwie żyło, bo wiedzieli, że od ubóstwa prostsza droga do nieba, niźli od bogactwa. Toć i sam Pan Jezus w ubóstwie się narodził i żył ubogo. A myżbyśmy się mieli wstydzić tego, że ojcowie nasi w obuwiu z łyka chodzili? O! Wyrodne by z nas dzieci były, gdybyśmy się zapierali tego.
Myślą też młodzi, że jak się kto aby trochę oświecił, to już powinien zrzucić suknie ojców swoich, a przebrać się po niemiecku czy tam po szlachecku. O i to nieprawda! Nie wiedzą oni, co to oświata. Można być zupełnie ciemnym, a przebrać się po szlachecku; i można być oświeconym, a nosić ubiór taki, jak ojcowie nosili. A nawet ten ojcowski strój lepiej do nas zawsze przystaje, jakoś w nim człowiek ładniej wygląda. Tak przynajmniej myślę ja, pisarz „Gazety” – i tak myśli wielu ludzi oświeconych, którym smutno robi się na duszy, kiedy widzą, jak w niektórych okolicach kraju ciemna młodzież porzuca swój dawny ubiór i przebiera się w kuse niemieckie surduty.
R. 4, 1884, № 49 (205), str. 5
Treść: Zabranie proboszcza z parafii. – Parafianie, choć bez przewodnika, biorą się do naprawy kościoła. – Poświęcenie świątyni w dzień świętego Michała, na odpuście.
Parafia nasza składa się z tysiąca przeszło ludności. Lud u nas dobry, pracowity, a szczególniej do kościoła przywiązany. Zawdzięczamy to księdzu Hieronimowi Żołnierkowskiemu, dziś już w Bogu spoczywającemu, który przez dwadzieścia jeden lat był u nas proboszczem i zarządzał nami. Dbał on równie o dusze swoich parafian, jak i o porządek w Domu Bożym; toteż trzeba przyznać, że u nas sprzęty kościelne są piękne i dosyć ich mamy.
Po śmierci naszego proboszcza dostaliśmy innego, który także gorliwie nad parafią pracował. Za jego to staraniem wyjednaliśmy sobie u władzy pozwolenie na naprawę kościoła i pokrycia go blachą żelazną. Ale że czasy były bardzo ciężkie, parafianie nie mogli się zdobyć na tak duży wydatek, więc odłożyli to na czas późniejszy.
Tymczasem nasz proboszcz przeniósł się do innej parafii, a do nas przyjechał ksiądz Płocharski, który zarządzał parafią Brodowych Łąk przez dwa lata. Ponieważ dach psuł się coraz więcej i już nie można było dłużej zwlekać z naprawą kościoła, tegoż 1884 roku zgodziliśmy na koniec majstra, żeby nam na kościele wierzch zrobił i pokrył później dach blachą żelazną. Jużeśmy przysposobili materiały na budowę potrzebne i pod nadzorem proboszcza i dozoru kościelnego zabierano się do roboty.
Aż tu naraz, nie ostrzegając nas wcale, zjeżdża do nas ksiądz dziekan i zabiera naszego proboszcza do innej parafii, oddając nas w administrację księdzu proboszczowi parafii baranowskiej. Działo się to w miesiącu marcu – zostaliśmy jak osieroceni i, co więcej, powiedziano nam, że nie zaraz dostaniemy proboszcza, bo braknie księży.
Była bieda, co robić z naprawą kościoła, kiedy nie mamy przewodnika? Rada w radę, stanęło na tym, że trzeba dalej robotę prowadzić. Majster się zabrał do pracy i zdjął dach, żeby dać nowe wiązanie, ale najniespodziewaniej, gdy dach zdjęto, runęła cała boczna ściana, spróchniała od starości.
Wtedy w całej parafii wszczął się płacz i lament wielki.
– Tak już Bóg chciał – mówiliśmy – straciliśmy już kapłana, a teraz i kościół się wali – widać, że nam już nie sądzono mieć Domu Bożego u siebie!
Ale zebrali się wszyscy na zebranie parafialne i dopiero wszyscy krzyknęliśmy jednogłośnie, dorośli i niedorośli, nawet i kobiety, że nie damy upaść naszemu kościółkowi, ale go własnymi rękami wzniesiemy na powrót.
I w samej rzeczy, jakeśmy się zawinęliśmy, to w przeciągu sześciu miesięcy kościół stanął naprawiony zupełnie, jakby nowy. Ale też wszyscy pracowali dużo i szczerze przy nim, nie tylko ofiarami, ale i robotą rąk własnych. Nikt nas nie pilnował, nikt nam nie przewodniczył, lecieliśmy sami do roboty jeden przez drugiego, a co kto mógł, to robił.
Bóg nas błogosławił, bo oto nasz kościół dziś stoi naprawiony zupełnie. Na dachu jest piękna wieża, czyli kopuła, wysoka na pięć sążni, a wkoło niej są cztery małe kopułki, wysokie na półtrzecia łokcia. Wygląda to prześlicznie. Wieże kryte są blachą cynkową, a kościół żelazną. I tak za Bożą pomocą stanął nasz kościółek na powrót, a my ze łzami radości w oczach patrzymy na niego, bośmy go budowali własnymi rękami.
Co roku w dzień świętego Michała, jako patrona naszej parafii, bywa u nas odpust. Tego roku kościół był już gotów na czas, a za staraniem księdza kanonika Kowalewskiego, proboszcza baranowskiej parafii, właśnie tego dnia miał być poświęcony.
Najstarsi ludzie nie pamiętają takiej uroczystości ani takiego zgromadzenia ludzi. Zjechało się kilku księży, przyjechał ksiądz dziekan i w ich obecności ksiądz kanonik Kowalewski poświęcił nowo naprawiony kościół. Z innych parafii ludzie przyszli na tę uroczystość z procesją, z chorągwiami i obrazami. Gdyśmy przed nabożeństwem zebrali się poza kościołem, widzieliśmy, jak z trzech stron idą takie kompanie, śpiewając pobożne pieśni.
Sam nie wiem, co się wtedy ze mną działo, czy mi było wesoło, czy smutno, ale gdym spojrzałem na nasz śliczny kościółek z błyszczącymi wieżami, na te pobożne kompanie, na różnokolorowe chorągwie coraz się zbliżające do nas – rozpłakałem się. Nie tylko ja, ale wszyscyśmy płakali.
Cały dzień świętego Michała nam tak jakoś dziwnie zszedł – nabożeństwo było prześliczne, a obrzęd poświęcenia kościoła wszystkich nas mocno poruszył. Ludzi obcych było tyle, jak może nigdy jeszcze u nas, a wszyscy winszowali nam kościoła i dziwili się, żeśmy dali radę sami tej budowie. My sami dzisiaj nie wiemy, jak się to stało tak prędko i składnie, ale widać Bóg był z nami i błogosławił naszej pracy. Że była tam łaska Boża, tośmy widzieli sami.
Ot, na przykład przy budowaniu zrębu jeden z robotników spadł na ziemię z wysokości kilku sążni i od razu stracił przytomność! Myśleliśmy, że się zabił na miejscu, bośmy się go dotrzeźwić nie mogli – odwieźliśmy go do domu, myśląc, że już po nim będzie. Tymczasem w przeciągu jednej doby podniósł się zdrów zupełnie i do dziś nic mu się nie stało, zdrów jest ciągle.
Wybudowaliśmy sobie kościół, i to śliczny, ale cóż z tego, kiedy już ósmy miesiąc mija, jak nie mamy kapłana. Nie daj Boże, aby to długo potrwało, bo tak nam jakoś ciężko i smutno, że aż rady sobie dać nie możemy. Gdy umarłego grzebiemy, nie zawsze możemy sobie sprowadzać księdza – i ledwo że wtedy organista nad grobem zaśpiewa. Mamy obietnicę od samego Biskupa, że nam prędko przyślą już księdza – daj nam Boże, aby to jak najprędzej się stało.
Stały przedpłaciciel gazety,
Franciszek Pieńkosz
R. 7, 1887, № 28 (340), str. 7
Panu Franciszkowi Pieńkoszowi w Brodowych Łąkach
Dziękujemy wam za wiadomość o owej strasznej zbrodni. Wstrzymaliśmy się od podania jej w Gazecie, aby maluczkich, co też czasem czytają, nie zgorszyć.
Wszystko to wygląda ślicznie
Treść: Odnowa kościoła. — Częste zmiany księży. — Nadzieja co do rozszerzenia się parafii.
Donosiłem już w roku 1884-tym do „Gazety Świątecznej” o naszym kościele, któryśmy własnymi siłami, pomimo wszelkich przeciwności, odnowili. Kościół ten ma długości 15 sążni, a szeroki jest, licząc z przyczółkami, 10 sążni. Chociaż zaś nasza parafia jest bardzo nieliczna, bo składa się tylko z tysiąca ludności, to jednak pod przewodnictwem księdza proboszcza Stanisława Świtkiewicza daliśmy odmalować tę naszą świątynię z zewnątrz i wewnątrz farbą olejną.
Na białym suficie są namalowane cztery obrazy. Pierwszy od wielkiego ołtarza przedstawia Zwiastowanie Najświętszej Maryi Panny, drugi Przemienienie Pańskie, trzeci Świętą Trójcę, a czwarty Matkę Boską karmiącą; ten ostatni obraz jest najbliżej chóru. Prócz tego na ścianach znajduje się 14 obrazów męki Pańskiej, na nowo odmalowanych, i 12 zacheuszek do konsekracji. Wielki ołtarz został rozszerzony i na nowo odzłocony, a w nim jest obraz Matki Boskiej Częstochowskiej.
Dwa boczne ołtarze także odnowiono, a pomiędzy filarami odzłoconej na nowo ambony jest 5 zwierciadeł ofiarowanych przez Jana Bączka z Warszawy. Na szczycie kościoła postawiono krzyż z wizerunkiem Pana Jezusa, a dach żelazny także w tym roku pomalowano. Wszystko to wygląda ślicznie. Malarze i pozłotnicy, którzy wykonywali te wszystkie roboty, bardzo sumiennie je wypełnili.
Teraz więc nic nie brakuje naszemu kościołowi, tylko organy potrzebują koniecznie naprawy. I to też po niejakim wypoczynku weźmiem się pewno do nich niezadługo. Prócz tego trzeba by jeszcze cmentarz otoczyć murem, gdyż teraz jest tylko drewniane dylowanie.
Dodaję, że i w plebańskim domu w obecnym czasie pomalowano też na nowo cztery pokoje, tak że wszystko wygląda bardzo pięknie.
Rozważcie to więc sobie, czytelnicy, jakie to chęci dobre u naszych parafian, że na to wszystko starczyło funduszów, bo chociaż odebrali oni z banku po śp. księdzu Janie Soćko 561 rubli, ale to wszystko samo nie przyszło do ręki — dużo jeszcze trzeba było złożyć. Ale za to, dzięki Bogu, nic nam teraz nie brakuje, bo świątynia, co stoi wśród nas, przyświeca nam jak słońce na niebie, a każdy przechodzień zastanawia się nad tym i podziwia, że dopięliśmy tego, co zdawało się niepodobieństwem.
Ale pomimo takich dobrych chęci naszych księża proboszczowie niedługo u nas bawią i rychło przenoszą się na inne miejsce, a to dlatego, że nas jest mało, bo tylko około tysiąca dusz w parafii. Daj też Boże, aby się spełniły zamiary księdza biskupa, który sam się przekonawszy, jak blisko od nas leżą wioski należące do innych parafii — myszynieckiej, kadzidelskiej, baranowskiej, chorzelskiej i zarębskiej — myśli podobno o przyłączeniu niektórych tych wiosek do naszej parafii.
Bo też kościół nasz napełniony bywa ludźmi z tamtych parafii co niedziela, a głos dzwonów naszych obija się o ich uszy.
Gdyby zaś ziścił się ten zamiar biskupa, to parafia nasza byłaby dość liczna i kapłani nasi chętniej by u nas przebywali.
Przedpłatnik Gazety, włościanin
Franciszek Pieńkosz
Pisanie o żółtym łubinie postaramy się z czasem spożytkować
R. 22, 1902, № 20 (1115), str. 8
P. Pieńkosz. Łuk.
Poprzedniego pytania co do łąki nie utrzymaliśmy. Zapewne znajdziecie to, o co wam idzie, w obszernym pisaniu o łąkach w „Gazecie” z roku 1891 i potem z roku 1896 oraz w książce Prawdzica „O łąkach i jak się z nimi obchodzić, aby mieć korzyści największe”. Wzmianki o upominkach nie rozumiemy. Czy chodzi o „Upominki Obrazkowe”? Te były wysłane. Jeśli zaginęły w drodze, to prosimy o wiadomość, a natychmiast powtórnie będą wysłane, boć słusznie wam się należą. Część opisu podróży do L., a mianowicie rozmowę ze starozakonnymi, otrzymaliśmy razem z rozwiązaniem zagadki, druga część nie doszła. Pisanie o żółtym łubinie postaramy się z czasem spożytkować.
Fran. P. mieszka w Brodowych Łąkach na Puszczy Kurpiowskiej, poczta Chorzele.
W ostatnią niedzielę adwentu
R. 30, 1910, № 3 (1511), str. 4
Tydzień 3. (3 / 16 stycznia 1910)
O drugim, jeszcze smutniejszym wypadku, spowodowanym również nadużyciem gorzałki, piszą do nas spod Chorzel w guberni płockiej: oto Stanisław Zieliński, gospodarz we wsi Brodowych Łąkach, wszczął po pijanemu w ostatnią niedzielę adwentu zwadę z żoną i wpadł w taką złość, że w końcu, nie wiedząc sam, co czyni, schwycił strzelbę i w mgnieniu oka trupem kobietę położył. A trzeba wiedzieć, że jednym tym strzałem zgładził ze świata nie tylko żonę, ale i dziecko, bo za miesiąc miał zostać ojcem.
(z listu F. D.)
[Żona Stanisława Zielińskiego, 20-letnia Aniela z domu Wilga, zginęła 19 grudnia 1909 r. W aktach metrykalnych jej mąż, starszy o 9 lat, określany jest mianem халупник (ubogi chłop, często bez własnej ziemi, utrzymujący się z pracy najemnej). W kwietniu 1909 r. zmarł ich półtoratygodniowy syn Stanisław. Mieli także syna Józefa, urodzonego w 1907 r.
Nie można wykluczyć, że inicjały „F. D.” są błędnym zapisem „F. P.” i odnoszą się do Franciszka Pieńkosza. Pieńkosz był stałym korespondentem „Gazety Świątecznej” z Brodowych Łąk.]
Cały prawie dzień i woźnica się napracował, i konia umęczył za 1 zł 20 gr.
R. 6, 1935, № 172 (3285), str. 6
23 czerwca 1935 r. (niedziela)
23 czerwca 1935 r. (niedziela)
Dziś mówi kowal
Nielegalna konkurencja partaczy
Wielce Szanowny Panie Redaktorze!
Już od dawna miałem chęć i zamiar napisać coś od siebie w sprawie ankiety: „Co jest udręką twojego zawodu?”. Lecz nie miałem odwagi. Dopiero po przeczytaniu w Pańskim poczytnym piśmie, które mam zaszczyt na spółkę z dwoma sąsiadami prenumerować, zdania tej treści: „Piszcie, kochani czytelnicy, śmiało, nie bacząc na to, czy umiecie pisać pięknie lub brzydko, z błędami czy bez” i tym podobnych. To jest chyba jedyne pismo w Polsce, gdzie tak każdemu śmiało i bezstronnie wolno się wypowiedzieć.
Jestem kowalem i ślusarzem z dziada pradziada. Do trzydziestu lat mego życia stale się tylko uczyłem i doskonaliłem w swoim fachu, w Polsce i za granicą. Dopiero po śmierci moich rodziców zacząłem samodzielnie pracować w skromnym warsztacie, odziedziczonym po ojcu na wsi.
Uczciwą i solidną swą pracą wyrobiłem sobie markę na całą okolicę. I pomimo że tu, gdzie mieszkam, w Puszczy Kurpiowskiej pod Myszyńcem, są biedne okolice, bo ziemie ubogie, jednak nigdy mi roboty nie zabrakło. Tak było przed wojną światową i po wojnie aż do roku 1929. Dopiero od tego roku zaczęło się stale pogarszać. A jak obecnie jest, to naprawdę trudno wypowiedzieć – zupełnie jestem bez pracy.
A to dlaczego? Czyżby wszystkiemu był winien szalejący kryzys? W znacznej mierze tak, ale są jeszcze i inne okoliczności, które się na to składają, a mianowicie:
Największą udręką mego zawodu jest niewątpliwie to, że prowadzę swój fach jawnie, ponosząc wszelkie ciężary państwowe i samorządowe, jak to powinien czynić każdy obywatel Polski. Tymczasem namnożyło się co niemiara różnych tajnych warsztacików. Zwiększyła się konkurencja – i dzięki Izbie Rzemieślniczej, która ciągle przedłużała terminy i pozwalała wszystkim samoukom i partaczom bez egzaminu zdobywać karty rzemieślnicze i zakładać sobie kuźnie nawet legalnie.
Rezultat tego jest taki, że solidni majstrowie zostali bezrobotnymi, ponieważ ci tajni nie ponoszą żadnych ciężarów, a ci legalni rekrutują się przeważnie z synów chłopów – rolników, którzy u ojca mają utrzymanie, więc mogą za byle jaką cenę robić – dobre im i na machorkę. A ponieważ tutejsza okolica cierpi niewypowiedzianą nędzę i złotówka jest rzadkością, więc też nic dziwnego, że wszyscy chłopi bez wyjątku uciekają się do tych różnych tajnych, tańszych kowali, nie licząc się nawet z daleką drogą.
Trzeba tu zaznaczyć, że i rolnik na tym traci, bo robotę ma partacką, brzydką i nietrwałą, ale kryzys zrobił swoje – ginie chłop, ginie i rzemieślnik…
Dla przykładu, jak ciężki i trudny jest u nas grosz dla każdego, przytoczę pewne wydarzenie z doby obecnej.
We wsi Brodowe Łąki natrafiono na pewien pokład żużli z poważnym procentem żelaza po dawnych kuźniach nadrzecznych. Firma jakaś z poznańskiego to nabyła i wykopała, co uczyniło parę setek metrów kubicznych.
Działo się to w ubiegłym miesiącu. Odległość do przystanku kolejowego Jastrząbka wynosi boczną, bardzo piaszczystą drogą, 18 km. Zdawało się, że wykopany żużel nie będzie mógł być łatwo i tanio przewieziony do omawianego przystanku, ponieważ konie i wozy tutejsze są w smutnym stanie. Tymczasem co się okazało? Początkowo firma płaciła od 100 kg wagi 1 zł i liczyła się z tym, że będzie musiała jeszcze podwyższyć cenę, jeżeli nie będzie odpowiedniej ilości furmanek. Ale cena jednego złotego trwała tylko dwa dni – dopóki wszyscy się nie dowiedzieli o zwózce.
W trzecim dniu tyle się z różnych okolicznych wiosek fur zjechało, że nabywca natychmiast obniżył wynagrodzenie za przewóz do 80 groszy. Po paru dniach znów obniżył z 80 na 70 gr. Lecz furmanek wciąż było za dużo. Obniżył więc jeszcze cenę na 60 gr – i za tę ostatnią pozwozili wszystko.
Trzeba dodać, że dużo kładli – na jedną lichą furkę po 2 m, 200 kg wagi. Cały prawie dzień i woźnica się napracował, i konia umęczył za 1 zł 20 gr. A niejeden zamiast zarobku poniósł dotkliwą stratę, łamiąc lichy wóz lub marnując konia.
Czy w tych okolicznościach chłop nie będzie szukał chociażby lichego, ale tańszego rzemieślnika? Czy w tych warunkach może rzemieślnik dziś egzystować?
Szyld na kuźni pięknie się prezentuje, ale ona ciągle prawie zamknięta. A żyć i liczną rodzinę utrzymać trzeba, ponosić ciężary różnego rodzaju również trzeba, bo to przecież przedsiębiorstwo, firma…
Kowal spod Myszyńca
Szpital św. Stanisława Kostki w Przasnyszu
[Na podstawie zdjęcia ze strony www.szpitalprzasnysz.pl/]
EXPRESS MAZOWIECKI : DZIENNIK ILUSTROWANY
R. 7, 1936, № 94 (3567), str. 8
Pan Adolf Kowalewski (Brodowe Łąki koło Ostrołęki)
Przesyłając Panu wyrazy serdecznego współczucia, komunikujemy zarazem, że niestety listu jego zamieścić nie możemy z uwagi na jego rozmiary. Nie umiemy zaś przerabiać czy skracać pisma tej treści, gdzie każde słowo przepojone jest najserdeczniejszym bólem i rozpaczą. Spieszymy natomiast z odpowiedzią na postawione w liście pytania.
Oczywista, że winę wypadku ponosi tutaj kierownictwo szpitala, które za niedozór chorych powinno ponieść odpowiedzialność zarówno moralną, jak i materialną. O ile chce Pan dochodzić zadośćuczynienia ze strony kierownictwa szpitala, powinien Pan przedłożyć skargę karną do prokuratora, a jednocześnie wnieść powództwo cywilne do sądu o odszkodowanie (tym bardziej, skoro zmarły był żywicielem rodziców), oraz o tak zwaną symboliczną złotówkę wynagrodzenia strat moralnych. Wyniki sekcji będą wiadome prokuratorowi i nie pozostaną bez wpływu na bieg sprawy.
List Pana – w drodze wyjątku – przechowujemy do dyspozycji Pana.
[Szpital św. Stanisława Kostki w Przasnyszu otwarto w 1852 r. Na początku XX w. miał ok. 35 łóżek. Budynek został zniszczony podczas II wojny światowej. Po wojnie działalność szpitala kontynuowano w nowej siedzibie przy ul. Szpitalnej.]
GAZETA ŚWIĄTECZNA
R. 4, 1884, № 17 (173), str. 2-3
Tydzień 17. (kwiecień 1884)
(Ciąg dalszy — Początek był podany w numerze 171 „Gazety”).
Obraz kolorowany, przedstawiający kaplicę z obrazem cudownym Najświętszej Maryi Panny w Częstochowie, otrzymują:
Franciszek Pieńkosz w Brodowych Łąkach pod Myszyńcem na Puszczy;
GAZETA ŚWIĄTECZNA
R. 30, 1910, № 6 (1514), str. 7-8
Tydzień 6. (luty 1910)
Są tu w dalszym ciągu podani przedpłatnicy „Gazety Świątecznej” na rok 1909, których los wyciągnął z pośród wszystkich przedpłatników całorocznych, całkowicie też Gazetę opłacających, a bezpośrednio, to jest wprost do redakcji naszej przysyłających zamówienia i przedpłatę. Po ich nazwiskach wymienione są rzeczy, jakie na kogo, także losem padły:
[...] ks. Kotłowski L. pod Skulskiem, Pluskota Paw. w Zakrzewie, Wolska Maria w Marszałkowie, Wysocki w Wilnie, Piękny Jak. w Boguszach i Pieńkosz Fr. w Brodowych Łąkach otrzymają książki.
TYDZIEŃ POLSKI
1910, № 23, str. 6
5 czerwca 1910 r.
Dwóch zadań
Z Królestwa i Cesarstwa:
[...] G. Szlachtaubowa z Koła, Z. Szlachtaubowa z Koła, M. Piwar z Ciechocinka, W. Rosseter z Brześcia Litewskiego, ks. A. [nieczytelne] z Koła, ks. J. Arlitewicz z [nieczytelne], J. Galiński z Białegostoku, O. Jurczak z Brodowych Łąk.
TYDZIEŃ POLSKI
1910, № 38, str. 6-7
18 września 1910 r.
Dwóch zadań
Z Królestwa i Cesarstwa:
[...] W. Rosseter z Brześcia Litewskiego, ks. J. Arlitewicz z Słupi Nowej, ks. Pielesz z Koła, P. Haas z Romanowa (wierszem), J. Korczak z Jelizawetgradu, Jurczak z Brodowych Łąk, J. Rochmiński z Przewodowa.
TYDZIEŃ POLSKI
1910, № 47, str. 7
20 listopada 1910 r.
Jednego zadania
Z Królestwa i Cesarstwa:
[...] A. Sternberg z Brodowych Łąk, M. Eljan z Łodzi, F. Burchaciński z Wielunia, Zelichowski z Luchtomgi, H. Keller z Majówki, W. Rostkowski z Makowa, Jurczak z Baranowa [...]
GAZETA ŚWIĄTECZNA
R. 31, 1911, № 51 (1611), str. 8
Tydzień 51. (grudzień 1911)
Przedpłatnicy „Gazety Świątecznej”, wylosowani spomiędzy całorocznych, całkowicie i wprost w redakcji ją opłacających w roku bieżącym 1911, i upominki, jakie na nich też losem padły:
[...] ks. Gruberski w Czerwińsku (do rozlosowania), Sienniak J. pod Waśniowem, Pieńkosz F. w Brodowych Łąkach, ks. Klimecki w Niekłaniu (do rozlosowania), Sipiec Jan w Samborzu, wieś Kuklówka Radziejowicka — otrzymają piękne nasiona warzyw.
GAZETA ŚWIĄTECZNA
rocznik pierwszy za rok 1881, № 1 + spis rzeczy, str. 3-4
Pijaństwo i wstrzemięźliwość
Co mówią włościanie ...................... 50
Spod Jabłonny (nad Bugiem), list ...................... 51
Z parafii wieczwińskiej [Wieczfnia?], list ...................... 48
Z Brodowych Łąk, list ...................... 48
Artykuły i listy różnej treści
List do czytelników „Gazety” ...................... 48
Z Brodowych Łąk, list ...................... 48
[Spis sporządzony po zakończeniu roku; na karcie wydawniczej zamieszczono datę zezwolenia cenzury: 31 grudnia 1881 r.]
GAZETA ŚWIĄTECZNA
R. 4, 1884, № 1 (157) + SPIS RZECZY, str. 3-4
Sprawy kościelne i parafialne
Budowa kościoła przez włościan w Brodowych Łąkach, ...................... r. 205, list
Listy
Z par. Brodowych Łąk ...................... 205
[Data zezwolenia cenzury: 22 stycznia 1885 r.]
GAZETA ŚWIĄTECZNA
R. 8, 1888, № 1 (365) + SPIS RZECZY, str. 4
Listy do Gazety
Z par. Brodowych Łąk, ...................... 368
[Data zezwolenia cenzury: 17 grudnia 1888 r.]