Historia Brodowych Łąk kilkakrotnie splatała się z wydarzeniami wojennymi rozgrywającymi się na Kurpiach i pograniczu Prus Wschodnich. Zebrane na tej stronie materiały obejmują okres od początku XVIII wieku do lat międzywojennych.
Nie jest to całościowe omówienie wojen i konfliktów, które objęły ten obszar. Podobnie jak pozostałe części publikacji, tekst opiera się przede wszystkim na odnalezionych źródłach i wzmiankach archiwalnych odnoszących się bezpośrednio do Brodowych Łąk i ich najbliższej okolicy. Przedstawione wydarzenia są więc wyborem tych epizodów, w których wieś pojawia się w zachowanych relacjach, dokumentach i materiałach prasowych.
Pierwsza część poświęcona jest wydarzeniom ze stycznia 1708 roku — starciu Kurpiów z wojskami Karola XII oraz narastającej przez kolejne stulecia legendzie o próbie zamachu na szwedzkiego króla. Kolejne teksty dotyczą I wojny światowej: obecności frontu w Brodowych Łąkach oraz ciężkich walk niemiecko-rosyjskich w rejonie pobliskich Zawad, których śladem są zachowane cmentarze wojenne. Osobny fragment przedstawia wydarzenia sierpnia 1920 roku, kiedy przez Brodowe Łąki prowadził szlak działań wojsk polskich walczących z wycofującymi się oddziałami Armii Czerwonej.
Narrację zamyka incydent z 1931 roku — przelot niemieckiego samolotu nad Zawadami i Brodowymi Łąkami, odnotowany przez ówczesną prasę jako naruszenie polskiej granicy. Z perspektywy późniejszych wydarzeń stanowi on symboliczne domknięcie tej części opowieści i zapowiedź narastających napięć poprzedzających II wojnę światową. Dzieje Brodowych Łąk w czasie kolejnej wojny wykraczają już poza ramy tej publikacji.
Karol XII (1682–1718)
Opracowanie graficzne na podstawie portretu autorstwa Davida von Kraffta, ok. 1706–1707
Pierwowzór: Nationalmuseum w Sztokholmie, Wikimedia Commons (domena publiczna)
Wydarzenia, które rozegrały się w Brodowych Łąkach w styczniu 1708 roku, należą do najbardziej znanych, ale zarazem najbardziej dyskutowanych epizodów w dziejach Kurpiowszczyzny. W ciągu trzech stuleci niewielkie starcie zbrojne urosło do rangi jednej z najważniejszych opowieści o kurpiowskiej waleczności. Współczesne badania nie podważają samego faktu walk, jednak skłaniają do ostrożniejszej oceny najbardziej spektakularnych elementów tej historii.
Wojna północna na Kurpiach
Na początku XVIII wieku Rzeczpospolita stała się jednym z głównych teatrów wielkiej wojny północnej (1700–1721). Po zwycięstwach nad przeciwnikami król Szwecji Karol XII rozpoczął w 1708 roku marsz w kierunku Litwy i Rosji. Jedna z kolumn jego armii przeszła przez Puszczę Zieloną, wykorzystując zimowe warunki do pokonania bagien i trudno dostępnych terenów.
Dla wojsk szwedzkich był to wyjątkowo trudny odcinek marszu. Gęste lasy, liczne rzeki i mokradła utrudniały przemieszczanie się dużych oddziałów, natomiast miejscowi Kurpie doskonale znali teren i od pokoleń posługiwali się bronią palną podczas polowań. Dzięki temu mogli skutecznie nękać przeciwnika krótkimi, niespodziewanymi atakami.
To właśnie w takich okolicznościach doszło do wydarzeń, które tradycja związała z Brodowymi Łąkami.
Co wydarzyło się w Brodowych Łąkach?
Większość przekazów umieszcza wydarzenia w dniach 21–23 stycznia 1708 roku, podczas postoju wojsk szwedzkich w rejonie Brodowych Łąk. Wszystkie źródła są zgodne jedynie co do jednego: miejscowi Kurpie zaatakowali oddziały szwedzkie, a starcie miało miejsce w pobliżu królewskiego obozu.
Na tym zgodność przekazów się kończy.
Najbardziej powściągliwe relacje wspominają jedynie o nocnym napadzie na część szwedzkiego obozowiska. Według innych atak objął rejon znajdujący się w pobliżu kwatery Karola XII. Najbardziej rozbudowane wersje opowiadają natomiast o próbie zabicia szwedzkiego monarchy, śmierci kilku drabantów – żołnierzy królewskiej straży przybocznej – oraz ustrzeleniu konia należącego do króla.
Z czasem pojawiły się również informacje o ogromnych stratach obu stron, sięgających nawet setek lub tysięcy zabitych. Współcześni historycy zgodnie uznają jednak takie liczby za niewiarygodne i będące efektem późniejszych wyolbrzymień.
Najważniejsze źródła i ich wiarygodność
Najcenniejszymi świadectwami są źródła powstałe najbliżej opisywanych wydarzeń.
Do najważniejszych należy anonimowa „Wiadomość z Warszawy” z 8 lutego 1708 roku. Jest to przekaz współczesny wydarzeniom, dlatego ma dużą wartość jako świadectwo krążących wówczas informacji. Jednocześnie podawane w nim liczby poległych są powszechnie uznawane za przesadzone.
Ważnym źródłem pozostają również „Pamiętniki do panowania Augusta II”, tradycyjnie przypisywane Erazmowi Otwinowskiemu. Autor wspomina walki Kurpiów ze Szwedami i używa określenia „kurpikowie, strzelcy tameczni”. Nie był jednak bezpośrednim świadkiem wydarzeń, dlatego jego relację należy traktować ostrożnie.
Szczególne znaczenie ma pamiętnik Johana D. Hultmana, należącego do najbliższego otoczenia Karola XII. Hultman bardzo dokładnie opisuje marsz armii przez Puszczę Zieloną, trudności terenowe i codzienne życie królewskiego obozu. Nie wspomina jednak o spektakularnym zamachu na króla ani o dramatycznej walce o jego życie. Milczenie świadka znajdującego się przy Karolu XII nie dowodzi, że starcia nie było, ale stanowi poważny argument przeciwko późniejszym, bardziej sensacyjnym opisom.
Krótki opis walk pozostawił także Wawrzyniec Rakowski, natomiast XIX-wieczne relacje wiązane z Maksymilianem Emanuelem Wirtemberskim zawierają już znacznie więcej dramatycznych szczegółów, takich jak ustrzelenie królewskiego konia. Właśnie na tym etapie można zaobserwować stopniowe rozbudowywanie opowieści.
Spośród opracowań największe znaczenie mają prace Józefa Gierowskiego, Roberta Krzysztofa Nowaka, Petera Froma, Zbigniewa Anusika oraz najnowsza rozprawa Krzysztofa Brauna, która analizuje wydarzenie przede wszystkim jako element kształtowania się kurpiowskiej pamięci historycznej.
Od potyczki do legendy
Przekazy dotyczące Brodowych Łąk zmieniały się wraz z upływem czasu. Najstarsze źródła mówią przede wszystkim o walkach z Kurpiami podczas przemarszu wojsk szwedzkich. W XIX wieku opowieść zaczęła nabierać coraz bardziej heroicznego charakteru. Nocny napad przekształcił się w próbę zamachu na Karola XII, niewielkie starcie urosło do rozmiarów wielkiej bitwy, a zagrożenie dla królewskiego obozu zaczęto przedstawiać jako niemal pewną śmierć szwedzkiego monarchy.
Proces ten był typowy dla wielu wydarzeń funkcjonujących przez długi czas w tradycji ustnej. Każde kolejne pokolenie wzbogacało opowieść o nowe szczegóły, podkreślające odwagę i skuteczność miejscowych Kurpiów. W rezultacie historyczne wydarzenie stopniowo przekształciło się w jeden z najważniejszych elementów regionalnej tradycji.
Najnowsze badania, zwłaszcza Krzysztofa Brauna, wskazują, że legenda o Brodowych Łąkach odegrała istotną rolę w budowaniu kurpiowskiej tożsamości. Realna potyczka została z czasem przekształcona w symbol oporu wolnych mieszkańców puszczy przeciwko jednej z najpotężniejszych armii Europy.
Najbardziej prawdopodobny przebieg wydarzeń
W świetle obecnego stanu badań najbardziej prawdopodobny wydaje się następujący przebieg wydarzeń.
Podczas postoju wojsk szwedzkich w rejonie Brodowych Łąk miejscowi Kurpie przeprowadzili nocny atak na część obozu lub jego wysunięte posterunki. Uderzenie miało charakter typowej akcji partyzanckiej: wykorzystano ciemność, znajomość terenu i element zaskoczenia. Atak mógł objąć również obszar znajdujący się w pobliżu królewskich kwater, co zmusiło dowództwo do natychmiastowej reakcji.
Nie można jednak stwierdzić z całą pewnością, że celem napastników był sam Karol XII. Brakuje również wiarygodnych dowodów na ustrzelenie królewskiego konia, śmierć wielu drabantów czy poniesienie przez obie strony bardzo dużych strat. Wszystkie te elementy pojawiają się dopiero w późniejszych przekazach i noszą cechy stopniowo narastającej legendy.
Najbardziej prawdopodobne jest więc, że rzeczywiste starcie zostało z biegiem czasu znacznie wyolbrzymione. Nie zmienia to jednak faktu, że wydarzenie miało znaczenie symboliczne i stało się jednym z najbardziej rozpoznawalnych epizodów w historii Kurpiowszczyzny.
Podsumowanie
Po ponad trzystu latach nie da się odtworzyć dokładnego przebiegu wydarzeń ze stycznia 1708 roku. Zachowane źródła pozwalają jednak z dużym prawdopodobieństwem stwierdzić, że w rejonie Brodowych Łąk doszło do zbrojnego wystąpienia Kurpiów przeciwko wojskom Karola XII. Późniejsza tradycja nadała temu wydarzeniu znacznie większy rozgłos, czyniąc z niego opowieść o niemal udanym zamachu na szwedzkiego monarchę.
Współczesna historiografia nie odrzuca samego faktu potyczki, lecz zachęca do ostrożności wobec najbardziej spektakularnych szczegółów. W rezultacie wydarzenia z Brodowych Łąk należy postrzegać jednocześnie jako rzeczywisty epizod wojny północnej oraz przykład tego, jak z historycznego wydarzenia rodzi się trwała legenda.
Bibliografia
Źródła
Hultman, Johan D., O panowaniu Karola XII, króla Szwecji, oprac. i tłum. Wojciech Krawczuk, Kraków 2015.
Pamiętniki do panowania Augusta II napisane przez niewiadomego Actora (podobno Erazma Otwinowskiego), wyd. Edward Raczyński, Poznań 1838.
Rakowski, Wawrzyniec, Pamiętnik wielkiej wojny północnej, Warszawa 1861.
Wiadomość z Warszawy z 8 lutego 1708 r., Biblioteka Narodowa, rkps BN 5372a.
Opracowania
Anusik, Zbigniew, „Karol XII i jego droga ku Połtawie (1708–1709)”.
Braun, Krzysztof, Kurpie. Antropologiczno-historyczne studium kształtowania się tożsamości grupowej. Rozprawa doktorska, Uniwersytet Warszawski, Warszawa 2023.
From, Peter, Klęska pod Połtawą. Kampania Karola XII przeciw Rosji 1707–1709, Zabrze 2010.
Gierowski, Józef, „Kurpie w walce ze Szwedami”, [w:] Rzeczpospolita w dobie upadku 1700–1740. Wybór źródeł, Warszawa 1955.
Nowak, Robert Krzysztof, Kurpie w wojnie północnej 1708–1711, Ostrołęka 1994.
Żołnierzom poległym za Ojczyznę. Społeczność Szkolna
Cmentarz w Zawadach
Na podstawie fotografii autora
Poniższe teksty przedstawiają wydarzenia I wojny światowej na Kurpiach z dwóch różnych perspektyw. Pierwszy z nich, „Z czasów najazdu krzyżackiego”, ukazał się 25 kwietnia 1920 roku w „Gazecie Świątecznej”, ponad pięć lat po opisywanych wydarzeniach. Jest wspomnieniem pierwszych miesięcy wojny na pograniczu kurpiowskim, przedstawionym z perspektywy miejscowej ludności. Drugi tekst dotyczy walk niemiecko-rosyjskich w rejonie Zawad oraz cmentarzy wojennych, które pozostały po nich w lasach i na bagnach po drugiej stronie Omulwi.
Relacja z „Gazety Świątecznej” rozpoczyna się od spokojnego lata 1914 roku — żniw, codziennej pracy i nadziei na dobre zbiory — a następnie pokazuje, jak do życia mieszkańców stopniowo wkracza wojna. Pierwsze niepokojące wiadomości z Ostrołęki, ruchy wojsk i pożary strażnic granicznych poprzedzają wkroczenie Niemców oraz rosyjską ofensywę w Prusach Wschodnich.
Relacja ma charakter osobisty i miejscami ironiczny. Autor opisuje wojnę nie z perspektywy dowództw i wielkiej polityki, lecz mieszkańców kurpiowskich wsi. Krytycznie przedstawia zarówno wojska rosyjskie, cofające się po nieudanej ofensywie w nieładzie, jak i Niemców dopuszczających się rabunków, podpaleń i represji wobec ludności. Początkowy, gorzki humor stopniowo ustępuje poważniejszemu tonowi, gdy mowa o paleniu wsi, grabieży dobytku, wywożeniu mieszkańców do Prus, pracy przymusowej, głodzie i karach cielesnych.
Tytuł „Z czasów najazdu krzyżackiego” jest nawiązaniem do historycznego obrazu Krzyżaków jako niemieckich najeźdźców. Określenie to autor przeniósł na wojska niemieckie z lat 1914–1915, przedstawiając ich wkroczenie na Kurpie jako kolejny „niemiecki najazd”.
Dla historii Brodowych Łąk szczególnie cenna jest informacja, że na początku 1915 roku „okopy szły przez wioski Brodowe Łąki, Zawady, Bandysie, Olszyny, Zalesie i Wach”. Wskazuje ona, że wieś znalazła się w bezpośredniej strefie frontowej i długotrwałej obecności wojsk niemieckich. Z relacji wynika również, że żołnierze zajmowali chłopskie chaty, obory i stajnie oraz korzystali z miejscowych zasobów.
Uzupełnieniem tego świadectwa jest tekst o cmentarzach wojennych w Zawadach i okolicy. Lasy i bagna położone na wschód od Zawad, po drugiej stronie Omulwi względem Brodowych Łąk, były w marcu 1915 roku miejscem ciężkich walk wojsk niemieckich i rosyjskich. Pozostałością tych starć są rozległe nekropolie wojenne, a z zespołem miejsc pochówku związana jest również dawna kwatera wojskowa na cmentarzu parafialnym w Zawadach.
Oba teksty dotyczą więc tego samego wojennego krajobrazu. Relacja prasowa pokazuje strach, grabieże, przemarsze wojsk i codzienność ludności żyjącej w strefie frontowej. Cmentarze są materialnym śladem walk, których mieszkańcy byli świadkami. Razem pozwalają spojrzeć na wydarzenia lat 1914–1915 zarówno przez pryzmat doświadczeń miejscowej ludności, jak i pozostałości wojny zachowanych do dziś w krajobrazie doliny Omulwi.
Okopy szły przez wioski Brodowe Łąki, Zawady, Bandysie, Olszyny, Zalesie i Wach
R. 40, 1920, № 17 (2047). str. 4-5
Czytamy w Gazecie o innych okolicach, niech przeto i o nas przeczytają, jak to się tutaj plotło i plecie. Otóż w kąciku tym Puszczy Kurpiowskiej, w gminie Wachu, czerwiec i lipiec roku 1914 były bardzo piękne, ciepłe, słoneczne. Ludziska patrząc na pola cieszyli się niezmiernie; bo to jarzyny ładne, kartofle w nacinę wyrosły, kwitną pięknie, żyto kłosy ma duże, pełne. W lipcu zaczęły się żniwa; więc w polach rojno, gwarno, śpiewno. Dzwonią kosy, brzęczą sierpy, ludzie pracują ochoczo, bo czas piękny, a praca wdzięczna: gdy plon daje dobry. Wozy aż warczą, raźno śmigają małe puszczańskie koniki, zwożąc zboże do stodół. Miło we żniwa na Puszczy Kurpiowskiej, bo to słaba gleba, przednówek długi, to też raduje się każdy, a zwłaszcza ubogi: bo to żarna domowe przerobią ziarno na mąkę, będzie chleb z nowego żyta, głodu nie będzie.
Ale za ciszą szemrało coś, jakiś niepokój wychylać się zaczął. Dnia 24 lipca rozeszła się wieść, że na kolei w Ostrołęce ruch ogromny, dużo przejeżdża oficerów, żołnierzy, a twarze mają jakieś zestrachane... Coś to niedobrego wróży! Dnia 26 lipca żołnierze pilnujący tu pruskiej granicy poczęli uciekać w trwodze, rozsiewając wieści, że Niemcy idą. Na pograniczu i w dzień, i w nocy — ogień; to paliły się domy i stajnie straży granicznej około Dudy, Cuplu, w Cyku i dalsze. — Pierwszego sierpnia przyszło urzędowe zawiadomienie: „Niemiec, odwieczny wróg, świętej matce Rosji wojnę wypowiedział” — padła trwoga na Puszczę. Następnych dni we wsiach Surowem, Czarni, Ruchajach zjawili się pierwsze niemieckie „czuby”. Z początku żołnierze niemieccy uspokajali ludność, mówiąc: „Cicho, matki! Nie bójta się, my wasze, wy nasze”. Okrutnie jednak byli ciekawi, skrzętnie przetrząsali obory, stajnie, stodoły itd. Czy to żołnierz, czy oficer, każdy najpierw zaglądał do koni i bydła.
Przeszło trochę czasu, aż pomaleńku i rosyjskie straże zaczęły podchodzić i podglądać. Lecz czyniły to trwożliwie. Trwało to, dopóki Moskal nie zgromadził nieprzejrzanej ćmy wojska. Ruszyło to wszystko do Prus, a na pierwszy ogień szli Polacy, zapasowcy starsi wiekiem. Szli pomiędzy mazurskie jeziora, na śmierć, na zatracenie. Zdawało się, że wojska rosyjskiego całe Prusy w sobie nie pomieszczą. Zdobyli najpierw pruskie miasteczko Wielbark, dalej Szczytno. Zwycięstwo! Dalej Olsztyn... Tam coś marudnie iść zaczęło. Armaty strasznie grzmiały, ziemia drżała, huk w powietrzu nieustający całe dnie i noce. Nam się zdawało w naszych wioskach, że „Rusek” Niemca do morza zapędzi, boć miał go „czapkami zarzucić”, więc tym bardziej armatami zapędzi. Stało się jednak inaczej.
Po upływie kilkunastu dni zaczęli urywać się z Prus i uciekać z powrotem najpierw kozacy — po jednemu, po kilku, po kilkunastu, bez broni, bez czapek, bez butów, a niektórzy i bez... spodni. Za kozakami cofało się, pobite przez Niemców, całe wojsko rosyjskie, pomieszane jak groch z kapustą. Niewielu tylko wróciło Polaków, którzy polegli wśród jezior mazurskich lub dostali się do niewoli. Od tej pory rozpoczęły się walki małych podjazdów. Co dzień były w wioskach nad granicą napady i strzelanina. Gdy oddział rosyjski zoczył [zobaczył] Niemców, to okrutnie do nich zza naszych domów i stodół strzelał; gdy zaś sam został dostrzeżony, to brał nogi za pas i walecznie... uciekał. Niemcy też już teraz byli rozgniewani nie tylko na Moskali, ale i na Polaków. Co wpadł oddział do wioski, to zabierał kilka koni, kilkanaścioro bydła. „Psotują Niemcy, psie juchy!” — mówili puszczanie. Zaś psota nie ograniczała się do samego tylko rabunku. Zaczęli Niemcy palić; tak spalili, polewając naftą, 12 domów we wsi Cuplu i 12 w Cyku. Spalili wsie: Pełty i Dąbrowy i miasteczko Myszyniec. Gdzie tylko im się nie powiodło, to wnet odpowiadali ogniem. Wojna występowała w całej dzikości. Cóż winni biedni mieszkańcy, że, dajmy na to, w jednej z tych wsi Rosjanie zabili Niemca, w drugiej zranili, a w innej postrzelili im konia? Moskal uciekł do Kadzidła, a Niemiec, mszcząc się, pali wieś, za postrzelonego konia bierze dziesięć naszych. Paliły się też wioski dookoła.
W dzień św. Szczepana do wsi Surowego, Czarni i Ruchaj przyszło kilkuset Niemców z armatami i zabrali, co się dało z dobytku. Dopiero 7 stycznia 1915 roku jak olbrzymia rzeka napłynęli do gmin Wach, Zarębów Przasnyskich [Zarąb] i Myszyńca. Zajęli 8 wiorst przestrzeni od granicy. Okopy szły przez wioski Brodowe Łąki, Zawady, Bandysie, Olszyny, Zalesie i Wach. Odtąd mieliśmy ich stale aż do 25 lipca. Gospodarowali w naszych chatach, oborach, stajniach. Rozpoczął się rabunek do żywego. Czerwony Krzyż niemiecki, mający opatrywać i dozorować rannych, cały czas wolny przeznaczał na przeszukiwanie i rabunek. Znaleźli też wszystko, co gdziekolwiek było ukryte, co przedstawiało choćby maleńką wartość. Odżywiali się znakomicie, nie żałowali polskiego mienia. Brali na swe potrzeby tylko bydło lepsze; mięso jedli obficie, lecz tylko gatunek przedni, lichsze wyrzucali na śmiecie. Za zabrany dobytek dawali kwity. Szkoda, że je później wycofali, płacąc niby należność, gdyż kwity te warte były, żeby je poznano w całym świecie. Oto treść niektórych: „Za konia, wziętego dnia 15 marca 1915 r., Mikołajewicz zapłaci”, „za krowę wziętą d. 26 lutego należy się 15 marek”, „za cztery gęsi, wzięte od Michała, niech Michał mnie pocałuje...” i tym podobne niedorzeczności. Pijany żołdak niemiecki wypisywał na kwitach, co chciał, — ot, szydził. Zdarzało się często, że właściciel zrabowanego konia, krowę lub zboże nawet i kwitka nie dostał, lecz tylko kilkanaście kijów. Z wiosek, leżących na granicy bojowej, mieszkańców usuwano, zabierano do Prus. Skarżyli się wygnańcy po powrocie, że ich w Prusiech pędzono do roboty, źle żywiono, bito. Innych znowu spędzono do jednej wsi, jak na przykład tutaj do wsi Bindugi; tam kilka tysięcy puszczan mieszkało w oborach, często o głodzie. Niektórych trzymano w zagrodach z kolczastego drutu. Mieszkańcom wsi nie pozwalano się wydalać. Jeżeli kto omylił czujność niemiecką i wyrwał się po żywność albo do kościoła, to po powrocie przywiązywano go do słupa i bito.
Cmentarz wojenny Zawady II
Na podstawie fotografii:
Lasy i bagna położone na wschód od Zawad, po drugiej stronie Omulwi względem Brodowych Łąk, były w pierwszych miesiącach 1915 roku miejscem ciężkich walk wojsk niemieckich i rosyjskich. Ich pozostałością są rozległe cmentarze wojenne, należące do największych skupisk mogił z okresu I wojny światowej na Kurpiach. W opracowaniach i dokumentacji konserwatorskiej obiekty te określane są jako Zawady I, Zawady II, Zawady III i Zawady IV.
Walki nad Omulwią
Działania w rejonie Zawad były związane z niemiecką ofensywą zimową na froncie wschodnim w 1915 roku. Po wyparciu wojsk rosyjskich z części Prus Wschodnich oddziały niemieckie nacierały w kierunku Myszyńca, Kadzidła i linii Narwi. Na początku marca front ustabilizował się w lasach i na mokradłach w rejonie Zawad oraz Bagna Karaska.
Po stronie niemieckiej walczyły tu m.in. oddziały 37. Dywizji Piechoty, w tym 147., 150. i 151. Pułk Piechoty oraz jednostki rezerwowe. Przeciw nim działały wojska rosyjskie, przede wszystkim pułki Strzelców Syberyjskich. Warunki terenowe znacznie utrudniały prowadzenie walk. Linie obronne przebiegały przez lasy, wydmy i rozległe bagna, zimą częściowo zamarznięte.
1 marca 1915 roku oddziały niemieckiego 150. Pułku Piechoty maszerowały przez Zaręby i Krukowo w kierunku Brodowych Łąk, a następnie Zawad, gdzie wzmacniały miejscową linię obrony. W następnych dniach doszło do serii szczególnie krwawych starć.
5 marca wojska rosyjskie zaatakowały pozycje I batalionu 151. Pułku Piechoty. Natarcie 37. i 38. Pułku Strzelców Syberyjskich załamało się na niemieckich zasiekach pod ogniem karabinów maszynowych. Według źródeł niemieckich na przedpolu miało polec około 300 żołnierzy rosyjskich, a ponad stu dostało się do niewoli.
Jeszcze cięższe walki rozegrały się w nocy z 8 na 9 marca. Oddziały rosyjskie obeszły niemieckie pozycje przez zamarznięte mokradła i zaatakowały jednostki 147. Pułku Piechoty. W lesie i na skraju Bagna Karaska doszło do walki na niewielkim dystansie, również na bagnety. Niemieckie oddziały znalazły się częściowo w okrążeniu. Dopiero kontratak, wsparty przez jednostki rezerwowe i artylerię, pozwolił Niemcom odzyskać utracone pozycje. Straty 147. Pułku wyniosły siedmiu oficerów i blisko 400 żołnierzy zabitych, rannych lub zaginionych.
Kolejne gwałtowne starcia nastąpiły w nocy z 22 na 23 marca. Rosjanie ponownie przedarli się przez niemieckie zasieki i rozbili część pozycji 258. Rezerwowego Pułku Piechoty. Skala strat po obu stronach była bardzo duża. Setki ciał pozostawały na przedpolu okopów. Wiosną 1915 roku organizowano krótkie przerwy w walkach umożliwiające zebranie i pogrzebanie poległych. Początkowo grzebano ich pośpiesznie w pobliżu miejsc śmierci.
Zawady I
Po przesunięciu frontu na wschód rozpoczęto porządkowanie rozproszonych mogił. Niemieckie służby grobownicze ekshumowały szczątki z prowizorycznych grobów polowych i przenosiły je na większe cmentarze zbiorcze. Jednym z nich był cmentarz określany obecnie jako Zawady I, położony na piaszczystym wale wydmowym nad Bagnem Karaska. Administracyjnie teren ten należy dziś do Olszyn w gminie Myszyniec, jednak nekropolia historycznie związana jest z rejonem Zawad.
Cmentarz ma rozległy i skomplikowany układ. Zachowały się na nim setki mogił pojedynczych i zbiorowych oraz długie nasypy grobowe. Zinwentaryzowano 327 mogił jednostkowych, 28 mniejszych mogił zbiorowych, osiem dużych mogił masowych o długości od około 20 do 28 metrów oraz jedenaście długich nasypów, z których największe osiągają 45–50 metrów. W zachodniej części cmentarza grzebano przede wszystkim żołnierzy rosyjskich, natomiast w innych sektorach znajdowały się pochówki żołnierzy armii niemieckiej. Liczbę spoczywających tu osób szacuje się na ponad tysiąc.
Badania archeologiczne przeprowadzone w 2022 roku przez Małgorzatę i Macieja Karczewskich potwierdziły komasacyjny charakter przynajmniej części nekropolii. W badanych mogiłach odkryto kości ludzkie złożone w układzie nieanatomicznym. Niektóre szczątki znajdowały się bardzo płytko, około pół metra pod powierzchnią gruntu. Wskazuje to, że po pewnym czasie od pierwotnego pochówku zostały ekshumowane z innych miejsc i ponownie złożone na cmentarzu.
W obrębie mogił znaleziono także fragmenty pocisków i szrapneli oraz elementy umundurowania i wyposażenia wojskowego, m.in. części niemieckich butów, zapięcia mundurowe, guziki i fragmenty sukna.
Zawady II
Drugi z dużych cmentarzy powstał w rejonie szczególnie ciężkich walk z marca 1915 roku. Zawady II wiązane są przede wszystkim ze starciem z 9 marca, kiedy oddziały Strzelców Syberyjskich zaatakowały niemiecki 147. Pułk Piechoty w lasach nad Bagnem Karaska.
Na cmentarzu spoczywa ponad stu żołnierzy niemieckich oraz nieustalona liczba żołnierzy rosyjskich. Podobnie jak Zawady I, nekropolia była później porządkowana i przekształcana przez niemieckie służby grobownicze.
W latach 20. XX wieku podjęto próbę uporządkowania obu cmentarzy. Prace prowadził niemiecki Związek Ludowy Opieki nad Grobami Wojennymi – Volksbund Deutsche Kriegsgräberfürsorge – za zgodą polskich władz. Za organizację przedsięwzięcia w regionie odpowiadał Eugene Klethi, urzędnik działający w Białymstoku.
Planowano zastąpić niszczejące drewniane krzyże cementowymi płytami oznaczonymi numerami ewidencyjnymi. Dokumentacja miała umożliwiać przypisanie numerów do nazwisk poległych. Zamówiono także betonowe elementy ogrodzenia, a do obsadzenia cmentarzy zakupiono 4500 sadzonek ligustru i krzewy róż.
Prac nie ukończono. W 1928 roku Klethi został aresztowany w związku z zarzutami dotyczącymi nieprawidłowości finansowych, a następnie wydalony z Polski. Z planowanych elementów nie wykonano m.in. obelisku poświęconego żołnierzom rosyjskim i reprezentacyjnych bram.
W następnych dziesięcioleciach cmentarze stopniowo niszczały. Drewniane oznaczenia grobów zanikły, a po II wojnie światowej część betonowych płyt została zabrana i wykorzystana przez mieszkańców do celów gospodarczych. Z czasem leśna roślinność niemal całkowicie przesłoniła układ niektórych mogił.
Odnowienie cmentarza Zawady II
W 2018 roku rozpoczęto prace nad przywróceniem cmentarza Zawady II. W przedsięwzięcie zaangażowali się uczniowie i nauczyciele Szkoły Podstawowej im. Aleksandra Kopcia w Zawadach, strażacy z Ochotniczej Straży Pożarnej w Brodowych Łąkach, archeolodzy z Ośrodka Badań Europy Środkowo-Wschodniej oraz regionaliści.
Prace trwały sześć lat. Oczyszczono teren, odtworzono układ mogił i uformowano zatarte nasypy. Przy zabezpieczaniu grobów starano się zachować leśny charakter cmentarza. Nasypy pokryto włókniną z nasionami roślin, która miała ograniczyć erozję piasku i umożliwić stopniowy powrót naturalnej roślinności.
8 czerwca 2024 roku odbyło się uroczyste poświęcenie odnowionego cmentarza. Poprzedziło je nabożeństwo ekumeniczne w kościele w Brodowych Łąkach z udziałem duchownych katolickiego, ewangelickiego i prawosławnego. W uroczystości uczestniczyło ponad 200 osób. Opiekę nad nekropolią podjęły OSP Brodowe Łąki oraz szkoła w Zawadach.
Zawady III
Kolejny cmentarz przez dziesięciolecia znany był przede wszystkim z przekazów starszych mieszkańców Zawad i Brodowych Łąk. Jesienią 2018 roku, z inicjatywy Ewy Drężewskiej ze szkoły w Zawadach, uczniowie i strażacy oznaczyli teren brzozowymi krzyżami.
Badania powierzchniowe przeprowadzone w następnym roku potwierdziły istnienie prostokątnego cmentarza komasacyjnego, prawdopodobnie urządzonego w latach 1917–1918. W okresie powojennym przez teren zbiorowych mogił wytyczono drogę leśną, która jest użytkowana do dziś. Obiekt pozostaje znacznie zatarty.
Kwatera wojenna
Z zespołem cmentarzy w rejonie Zawad związana jest również kwatera wojskowa na cmentarzu parafialnym, określana w dokumentacji jako Zawady IV. Cmentarz parafialny znajduje się około 450 metrów od kościoła.
Centralna część dawnej kwatery wojennej pozostaje czytelna, natomiast jej północne i południowe fragmenty zostały częściowo zatarte przez późniejsze pochówki cywilne. Ustalenie pierwotnych granic kwatery wymaga dalszych badań archiwalnych i terenowych.
Cmentarz epidemiczny
Materiały kartograficzne wskazują także na istnienie w okolicy Zawad osobnego cmentarza określanego jako „tyfusowy”. Zaznaczono go m.in. na mapach topograficznych z okresu międzywojennego. Prawdopodobnie służył do pochówku osób zmarłych w czasie epidemii związanych z warunkami wojennymi.
Dokładne położenie i charakter tego miejsca nie zostały dotąd jednoznacznie ustalone. Informacja o cmentarzu wymaga dalszej weryfikacji w źródłach archiwalnych i podczas badań terenowych.
Ślady frontu w krajobrazie
Cmentarze w Zawadach są bezpośrednim świadectwem skali walk, które w 1915 roku objęły dolinę Omulwi i lasy nad Bagnem Karaska. Początkowo poległych grzebano w rozproszonych mogiłach w pobliżu miejsc walk. W następnych latach część szczątków ekshumowano i przenoszono na większe, planowo urządzone cmentarze.
Po ponad stu latach nie wszystkie miejsca pochówku są znane i rozpoznane. Niektóre mogiły przecięły drogi leśne, inne zostały zatarte przez roślinność lub późniejsze pochówki. Badania archeologiczne oraz prace prowadzone przez mieszkańców Zawad i Brodowych Łąk pozwoliły jednak odtworzyć część tego krajobrazu i zabezpieczyć jedne z najważniejszych pozostałości frontu I wojny światowej na Kurpiach.
Najważniejsze źródła i literatura
Karczewska, Małgorzata, Maciej Karczewski, Jacek Czaplicki. Kierzek i Zawady. Cmentarze z czasów I wojny światowej w Puszczy Kurpiowskiej. Ośrodek Badań Europy Środkowo-Wschodniej, Białystok 2023.
Karczewska, Małgorzata, Maciej Karczewski, Jacek Czaplicki. „Historia i archeologia cmentarza z czasów I wojny światowej pod Zawadami w Puszczy Kurpiowskiej”. W: Dziedzictwo I wojny światowej po stuleciu. Stan badań i ochrony, red. Małgorzata Karczewska. Ośrodek Badań Europy Środkowo-Wschodniej, Białystok 2020, s. 7–38.
Karczewska, Małgorzata (red.). Cmentarze wojenne I wojny światowej po stuleciu. Stan badań i ochrony. Ośrodek Badań Europy Środkowo-Wschodniej, seria „Archeologia Pamięci”, t. V, Białystok 2018.
Starostwo Powiatowe w Ostrołęce. „Poświęcenie odbudowanego cmentarza wojennego Zawady II”, 9 czerwca 2024.
Artykuł „W dziesiątą rocznicę zwycięstwa nad Rosją Sowiecką. Dalsze dzieje bohaterskiego szwadronu policyjnego” ukazał się w 1930 roku w tygodniku Policji Państwowej „Na Posterunku”, w cyklu publikowanym z okazji dziesiątej rocznicy wojny polsko-bolszewickiej. Jego autor, Jerzy Biechoński (1892–1940), był oficerem Policji Państwowej, wcześniej członkiem Polskiej Organizacji Wojskowej i żołnierzem Legionów Polskich. W 1930 roku służył w Komendzie Głównej Policji Państwowej. Biechoński został później zamordowany przez NKWD w Kalininie i jest zaliczany do ofiar zbrodni katyńskiej.
Opisywane w artykule wydarzenia rozegrały się w sierpniu 1920 roku, bezpośrednio po Bitwie Warszawskiej, gdy rozbite oddziały sowieckie wycofywały się na północ i w kierunku Prus Wschodnich.
Biechoński przedstawia działania łódzkiego szwadronu Policji Konnej, ochotniczego oddziału sformowanego z funkcjonariuszy Policji Państwowej i skierowanego do walki na froncie. W sierpniu 1920 roku szwadron, dowodzony przez komisarza Andrzeja Jezierskiego, został włączony jako trzeci szwadron do dywizjonu jazdy ochotniczej „Huzarów Śmierci”.
Znaczna część relacji dotyczy marszu przez Puszczę Kurpiowską oraz walk w rejonie Myszyńca, Wachu, Lipnik, Wykrotu i Lemana. Przeciwnikiem wojsk polskich były m.in. oddziały III Korpusu Kawalerii Armii Czerwonej, nazywanego w polskich źródłach korpusem Gaja. Po klęsce pod Warszawą korpus osłaniał odwrót sowieckiej 4. Armii i próbował przedostać się wzdłuż granicy Prus Wschodnich.
Osobne miejsce w artykule zajmuje postawa miejscowych Kurpiów. Według Biechońskiego przekazywali oni polskim żołnierzom informacje o położeniu oddziałów sowieckich, a w jednym z opisanych przypadków grupa uzbrojonych mieszkańców puszczy przyłączyła się do policyjnych kawalerzystów i wzięła udział w ataku na patrol kozacki. Relacja przedstawia więc Kurpiów nie tylko jako ludność zamieszkującą teren działań wojennych, lecz także jako aktywnych uczestników wydarzeń.
Brodowe Łąki pojawiają się w opisie działań tzw. grupy myszynieckiej pod dowództwem podpułkownika Mścisława Butkiewicza, ówczesnego dowódcy 13. Pułku Ułanów. Grupa, utworzona z oddziałów 17. Dywizji Piechoty w celu odzyskania Myszyńca, wyruszyła z rejonu Przasnysza i posuwała się w kierunku miasta. Jedna z jej kolumn maszerowała przez Jednorożec i Brodowe Łąki, a następnie w kierunku Myszyńca. Wzmianka jest krótka, ale umieszcza wieś bezpośrednio na szlaku działań wojsk polskich w sierpniu 1920 roku. Artykuł stanowi tym samym kolejne źródło potwierdzające, że Brodowe Łąki znalazły się w obszarze operacji wojskowych prowadzonych na Kurpiach podczas działań pościgowych po Bitwie Warszawskiej.
BIECHOŃSKI JERZY,
komisarz Kom. Gł. P. P.
W dziesiątą rocznicę zwycięstwa nad Rosją Sowiecką
Dalsze dzieje bohaterskiego szwadronu policyjnego
Ofensywa wojsk naszych, po przełamaniu oporu nieprzyjaciela, trwała na całym froncie. Żołnierz sowiecki — zdemoralizowany, głodny i przemęczony, klął na swych dowódców, nie myślał już o zdobyciu „pańskiej” Warszawy i marzył jedynie o tym, aby ocalić własne życie. Nasze Naczelne Dowództwo postawiło sobie za zadanie, aby siły nieprzyjacielskie zniszczyć zupełnie i zmusić je do poddania się względnie zepchnąć na terytorium Prus Wschodnich. Zadanie to, wymagające ogromnych mas wojska, których nam brakowało, zostało mimo to jednak w znacznej mierze wykonane. Teren działań wojennych 1-szej armii w tej wielkiej bitwie, którą toczono na przestrzeni setek kilometrów, był szczególnie trudny, poprzecinany bowiem masą rzek, rzeczułek i strumyków, nadzwyczaj lesisty, a często — pełen moczarów i błot.
Szwadron policyjny otrzymał w dniu 20 sierpnia rozkaz oczyszczenia z nieprzyjaciela puszczy Kurpiowskiej. W związku z tym tegoż dnia pod wieczór szwadron opuścił Wyszków i wjechał w niezmierzone bory, biorąc kierunek na Ostrołękę. Armia sowiecka po klęskach ostatnich cofała się w bezładzie i wiele jej oddziałów, wzajemnie nie wiedząc o sobie, znalazło się na terenie puszczy. To też na kawalerzystów dywizjonu huzarów śmierci czyhały wszędzie niebezpieczeństwa. Sytuację nieco ułatwiała okoliczność, że ludność miejscowa, składająca się z Kurpiów, była w najwyższym stopniu życzliwie nastrojona dla wojsk naszych i tam, gdzie się tylko dało, wojska nasze zawczasu uprzedzano o obecności żołnierzy sowieckich. Dzięki temu niejednokrotnie zyskiwano możność zaatakowania nieprzyjaciela wtedy, kiedy najmniej tego się spodziewał.
W dniu 22 sierpnia, gdy kawalerzyści policyjni już trzecią dobę spędzali na bezustannych walkach z wrogiem, spotkani wśród lasów Kurpiowie zawiadomili kom. Jezierskiego, że w odległej o parę kilometrów smolarni znajduje się oddział sowiecki, składający się ze 100 ludzi, który ma ze sobą 2 armaty. Na skutek tej wiadomości kom. Jezierski wysłał natychmiast 2 patrole po 10 ludzi: jeden ze st. wachm. Wieczorkiem i plut. Majchrzakiem, drugi z plut. Braunem. Po upływie paru godzin patrole spotkały się z sobą i to w momencie najbardziej decydującym, gdy oddział sowiecki przygotowywał się właśnie do odmarszu. Ponieważ nie było czasu do stracenia, więc st. wachmistrz Wieczorek objął natychmiast komendę nad całością i, wybrawszy możliwie najodpowiedniejszy moment, zaatakował bolszewików. Dowódca oddziału sowieckiego, nie orientując się, z jakimi siłami ma do czynienia, zdecydował się dość szybko na poddanie się. W taki sposób w rękach policyjnych kawalerzystów znalazły się zdobyczne armaty, około 100 jeńców, karabiny ręczne, konie z uprzężami i kilka wozów taborowych. Jeńców i zdobycz odesłał natychmiast wachmistrz Wieczorek pod eskortą obu patroli do kom. Jezierskiego.
Ponieważ w międzyczasie dowiedział się on od smolarza, że w pobliżu znajdują się jeszcze drobne oddziałki sowieckie, zabrał więc z sobą plut. Majchrzaka i pojechał z nim na dalszy wywiad. Obaj dojechali spokojnie do wsi Lipniki. Tam Kurpiowie uprzedzili ich, że przed chwilą przybył do wsi patrol kozacki, złożony z kilkunastu ludzi, i że jedzie właśnie w kierunku na Wieczorka i Majchrzaka. O zaatakowaniu nieprzyjaciela we dwóch nie mogło być oczywiście mowy. Obaj więc podoficerowie postanowili gdziekolwiek ukryć się i kozaków przepuścić spokojnie obok siebie. Ale Kurpiowie widocznie innego byli zdania, gdyż po wymianie porozumiewawczych spojrzeń między sobą zaczęli znikać i po chwili pojawili się znowu, ale już uzbrojeni w flinty i dubeltówki, a nawet karabiny. Zebrało się ich wnet kilkunastu. W taki to, nieoczekiwany zupełnie sposób st. wachm. Wieczorek i plut. Majchrzak stanęli na czele oddziału Kurpiów, którzy oddali się im sami pod komendę, zaproponowali natychmiast zaatakowanie kozaków. Wieczorek jako starszy stopniem służbowym objął natychmiast komendę nad całością i rozdzielił oddziałek na dwie części. Wkrótce też kozaków, jadących wolno i ostrożnie, wzięto w ogień z dwóch stron. Już po pierwszej salwie kozacy rozpierzchli się na wszystkie strony. Kilku z nich uciekło, kilku natomiast dostało się do niewoli, byli bowiem bądź ranni, bądź mieli postrzelone konie.
Pozostawiwszy jeńców pod opieką Kurpiów, Wieczorek i Majchrzak powrócili do oddziału, zebrawszy po drodze wiadomości o znajdujących się w okolicy siłach sowieckich.
Akcja myszyniecka
Szwadron policyjny po oczyszczeniu puszczy Kurpiowskiej, ulegając ogólnemu rozpędowi ofensywnemu, imał bokiem na zachód Ostrołękę i tam zetknął się z cofającymi się oddziałami korpusu Gaja. Korpus ten, cofając się od Mławy i ciągle wzdłuż granicy Prus Wschodnich, usiłował za wszelką cenę przedrzeć się przez Myszyniec na Kolno i dalej ku wschodowi, byle tylko uniknąć przykrej dla siebie ewentualności przekraczania granicy niemieckiej. Wydobywszy się szczęśliwie z terenu działań naszej V armii, korpus ten znalazł się w przedpolu działań I armii, która tymczasem również znacznie zbliżyła się ku Prusom Wschodnim.
W dniu 23 sierpnia oddziały wojsk Gaja zaatakowały i zajęły Myszyniec, słabo zresztą obsadzony, bo tylko przez jeden batalion naszej brygady Syberyjskiej. W szwadronie policyjnym dowiedziano się o tym od nielicznych zresztą uciekinierów. Powiadomiono więc natychmiast o wytworzonej sytuacji podpułk. Tommego, dowódcę 19 brygady piechoty, oraz dowództwo I armii. W związku z wytworzoną sytuacją, na skutek rozkazu dowództwa I armii, cały dywizjon huzarów śmierci został odkomenderowany z dowództwa 10 dywizji do dyspozycji 8 dywizji piechoty pułkownika Burhardta-Bukackiego. Należy tu nadmienić, że zajęcie Myszyńca przez wojska Gaja uczyniło chwilowo z tego miasteczka poważniejszy punkt oporu dla cofających się wojsk sowieckich. Dowództwo naszej I armii, pomne swych zadań co do rychlejszego zniszczenia sił wroga, nie mogło do tego dopuścić w żadnym wypadku i zdecydowało, aby korpus Gaja wyprzeć możliwie najszybciej z Myszyńca.
W związku z tym utworzono ze składu 17 dywizji piechoty tzw. grupę myszyniecką pod dowództwem pułk. Butkiewicza, która wyruszywszy z Przasnysza szła na Brodowe Łąki, Olszyny, a następnie poprzez Wach ku Myszyńcowi. Jednocześnie ze składu 8 dywizji piechoty wydzielono specjalną grupę wypadową pod dowództwem majora Tysieckiego. W skład tej grupy wszedł również szwadron policyjny. Grupa ta już o godz. 6 rano osiągnęła północny skraj Dąbrowy. Z miejscowości tej szwadron policyjny został natychmiast skierowany na Lipniki i następnie na Myszyniec. Pod Wykrotem, znajdującym się w odległości paru kilometrów na południe od Myszyńca, szwadron natknął się na poważniejsze siły z oddziałów Gaja, przez które został natychmiast zaatakowany. Bój trwał przez kilka godzin. Kawalerzyści policyjni, pozostawiwszy konie, walczyli pieszo, posługując się własnymi karabinami maszynowymi oraz zdobytemi uprzednio dwoma działami, z którymi, nawiasem mówiąc, obchodzili się dość nieumiejętnie, ale mimo to — z dobrym skutkiem.
Bój pod Wykrotem trwał do godz. 16 i został przerwany ze względów dość nieoczekiwanych. Oto od strony Wachu dał się słyszeć głuchy grzmot armat. Zdezorientowało to do tego stopnia obie strony walczące, że na chwilę zaniechano wzajemnego, dość intensywnego ognia. Po upływie jednak kilku minut, gdy strzelaninę wznowiono, nieprzyjaciel rozpoczął odwrót na Myszyniec. Kawalerzyści policyjni, atakując ciągle, poszli za nim. Musieli się jednak cofnąć, skoncentrowana bowiem w Myszyńcu artyleria nieprzyjaciela uniemożliwiła im dalsze posuwanie się naprzód.
W rezultacie szwadron znalazł się w bardzo niewyraźnej sytuacji. Niepokojące strzały armatnie od strony Wachu zamilkły wprawdzie, nie zmieniało to jednak stanu rzeczy. Kom. Jezierski i jego oficerowie przypuszczali raczej, że mają na swych tyłach oddziały sowieckie, cofające się na Myszyniec i pozostające w kontakcie ogniowym z naszym wojskiem. Uznając, że szwadron wyznaczone zadanie wypełnił, postanowiono, że podpor. Rozumski i Sarnecki wycofają z większością ludzi na szosę pomiędzy Wolkowem i Dudami Puszczańskimi, znajdującą się na północo-wschód od Myszyńca, gdzie prawdopodobnie powinien dojść major Tysiecki wraz ze swoją grupą. Natomiast kom. Jezierski zdecydował się pozostać z 20-ma ludźmi na miejscu i sprawdzić, co dzieje się pod Wachem.
Podpor. Rozumski i Sarnecki wyjechali natychmiast w naznaczonym kierunku, prowadząc swych ludzi przez lasy i omijając przezornie w dość znacznej odległości Myszyniec, zajęty, jak wiadomo, przez skoncentrowane siły Gaja. Kom. Jezierski zaś, przy zachowaniu wszelkich ostrożności, rozpoczął swoje działania wywiadowcze. Wkrótce też patrole jego zetknęły się z oddziałami grupy myszynieckiej pułk. Butkiewicza i cała sprawa co do uprzednio słyszanych strzałów armatnich wyjaśniła się natychmiast. Oto okazało się, że oddziały tej grupy, posuwając się od Przasnysza, zetknęły się pod Wachem z wojskami sowieckimi, z którymi stoczyły krótką walkę, rozgramiając je. W walce tej użyto dział i właśnie pod Wykrotem słyszano odgłosy tej walki. Cofnięcie się nieprzyjaciela pod Wykrotem na skutek tylko odgłosów tej armatniej strzelaniny od strony Wachu uważano za szczęśliwy omen i wróżono sobie rychłe zajęcie Myszyńca. Myszyniec rzeczywiście został zajęty w parę godzin później i o godz. 19.30 wojska nasze oraz współdziałający z nimi oddziałek kawalerzystów policyjnych wkroczyły do miasta, które zwycięzcom zgotowało serdeczną owację.
Korpus Gaja, po utracie Myszyńca, cofał się śpiesznie na Kolno, staczając ciągłe walki z bezustannie atakującymi naszymi oddziałami. Tegoż jeszcze dnia, 24 sierpnia, około godz. 20 kawalerzyści policyjni, którzy wyjechali z Pod Wykrotu, znaleźli się w lesie o bok szosy pomiędzy Wolkowem i Dudami Puszczańskimi, tj. na drodze odwrotu oddziałów Gaja. Oddziały te szły zmęczone i bezładne obok szosy, środkiem której jechała artyleria. Nie było czasu na wahania się ani na namysły. Podkom. Rozumski rozdzielił oddział ten na 2 części i zaatakował jednocześnie początek kolumny artyleryjskiej i jej koniec. Rozkaz ten wykonano niezwłocznie. Wśród maszerujących oddziałów sowieckich nastąpiło zamieszanie, atak bowiem przeprowadzony był z ogromną gwałtownością. Wskutek wytworzonej paniki, maszerujące na przedzie oddziały, nie orientując się, z jakiemi właściwie siłami mają do czynienia, uciekały pośpiesznie przed siebie. Kolumny, idące z tyłu, postępowały podobnie, z tą różnicą jednak, że nie mogąc uciekać przed siebie, ani też cofać się, ze względu na znajdująca się w pobliżu piechotę naszą, uciekały w lasy. W taki sposób w ręce naszych kawalerzystów wpadło 5 armat wraz z jaszczykami, amunicją i obsługą, końmi i całą masą jeńców. Podkreślić tu należy, że cały ten atak kawaleryjski był niesłychanie zuchwały, bowiem gdyby dowództwo sowieckie zorientowało się, z jakiemi siłami ma do czynienia i zarządziło kontrakcję, prawdopodobnie żaden z naszych kawalerzystów nie wyszedłby cało z tej imprezy.
Noc z 24 na 25 sierpnia szwadron spędził na zasłużonym odpoczynku w Myszyńcu. Dzień 25 sierpnia był wyjątkowo pracowity dla szwadronu, gdyż obfitował w bezustanne utarczki z nieprzyjacielem. Dzień ten poza tym uprzytomnił należycie kawalerzystom policyjnym to, z czego nie bardzo dotąd zdawali sobie sprawę. A mianowicie — przekonali się oni, że omal od momentu rozpoczęcia ofensywy przez nasze wojska stale działali w pościgu za cofającym się nieprzyjacielem, a często na ich przedzie. Linie wojsk nieprzyjaciela i wojsk naszych były z sobą pomieszane i stanowiły w pewnym stopniu rodzaj specyficznego „przekładańca” wojennego. Sytuacja była więc pozornie niewygodna dla obu stron. Wojska nasze górowały jednak nad nieprzyjacielem, owiane były bowiem duchem zwycięstwa i przewagi moralnej. Wieczorem w dniu 25 sierpnia część 33 dywizji sowieckiej zdołała lasami przedrzeć się przez Antorię ku granicy pruskiej i przekroczyć ją. Również pod Lemanem znaczniejsze siły wroga, do 3.000 piechoty, dywizja kawalerii i artyleria oraz znaczna część korpusu Gaja przekroczyły granicę Prus Wschodnich. Oddziały te zostały natychmiast przez Niemców rozbrojone i odesłane w głąb kraju. Pod Lemanem dywizjon huzarów śmierci, działając wspólnie ze szwadronem policyjnym, zaatakował 3 szwadrony kozaków. Atak ten, przeprowadzony z nadzwyczajną energią, zakończył się zwycięsko. Znaczna część kozaków została wycięta, zdobyto 10 karabinów maszynowych i zabrano do 100 jeńców. 80 koni i masę broni ręcznej. Również wpadły w ręce kawalerzystów tabory kozackie, obficie zaopatrzone. W ataku tym kawalerzyści policyjni wykazali swą wyjątkową wartość bojową i dowiedli niezwykłej umiejętności władania szablą.
W dniu 25 sierpnia zostały zlikwidowane właściwe siły sowieckie na terenie objętym działaniami I armii. Część wojsk sowieckich wyginęła w toczonych walkach względnie dostała się do niewoli, części zaś udało się przedrzeć do granicy niemieckiej i przekroczyć ją. To też 8 dywizja piechoty, w skład której wchodził ostatnio szwadron P. P., zaczęła powoli wycofywać się ze zlikwidowanego już frontu. W pierwszych dniach września cała ta dywizja odeszła do Małopolski Wschodniej. Znaczne oddziały kawalerii, a również i dywizjon huzarów śmierci, pozostały jednak na miejscu, celem wyłapywania po lasach uciekinierów sowieckich. Uciekinierów tych, tworzących zbrojne bandy, pełno jeszcze było wśród puszczy Myszynieckiej. Zlikwidowanie tych band ze względu na lesisty teren nie należało do zadań łatwych. Szwadron policyjny, rozkwaterowawszy się w Wolkowie, akcję tę prowadził do 29 sierpnia włącznie. W tymże dniu wieczorem, z rozkazu 8 dywizji piechoty, szwadron odjechał z Wolkowa do Ostrołęki i następnie do Rydzewa, kończąc tem samem okres tzw. akcji myszynieckiej.
W akcji tej wyróżnili się następujący szeregowi: wachmistrz Kurowski, który jako dowódca karabinów maszynowych w dniu 24 sierpnia w boju pod Wykrotem wysunął się osobiście z karabinem maszynowym przed własne prawe skrzydło, omal pod stanowiska nieprzyjaciela i rozpoczął energiczny ogień, a gdy karabin maszynowy zaciął mu się i nieprzyjaciel, korzystając z tego, bardzo silnie ostrzeliwał go, Kurowski stanowiska swego nie opuścił, zdołał karabin maszynowy doprowadzić do porządku i rozpoczął swój ogień na nowo. W rezultacie zmusił nieprzyjaciela do cofnięcia się, a przez to — do załamania się jego linii, co ułatwiło później kontratak naszych kawalerzystów. Również w dniu 25 sierpnia pod Lemanem, gdy szwadron cały walczył z 3 szwadronami kozaków, którzy cofając się usiłowali uprowadzić swoje tabory, Kurowski, działając z niezwykłą przytomnością umysłu, pomimo nadzwyczajnej niedogodności dla siebie sytuacji, potrafił tak pokierować ogniem podległych sobie karabinów maszynowych, że nie dopuścił do odwrotu taborów nieprzyjaciela, które wpadły w nasze ręce.
Niemniejszą przytomność umysłu i męstwo wykazał plutonowy Majchrzak, który pod Lemanem, z własnej inicjatywy, widząc brak opanowania u jednego z szeregowych, obsługujących karabin maszynowy, usunął go i osobiście kontynuował ogień. Pomimo wzmożoną kontrakcję nieprzyjaciela wysunął się ze swoim karabinem maszynowym jeszcze bardziej naprzód, czem zmusił nieprzyjaciela do gwałtownego odwrotu i porzucenia własnych karabinów maszynowych, co przyczyniło się później do zwycięskiego zakończenia boju. Zasługa plut. Majchrzaka jest tem większa, że nie był on fachowo obznajmiony z obsługą karabinu maszynowego i bronią tą posługiwał się zupełnie okolicznościowo.
Na niemniejszą pochwałę od obu wymienionych zasługuje również plut. Bedner Adam, który pod Lemanem, działając pojedynczo, rzucił się na jeden z karabinów maszynowych nieprzyjaciela i zdobył go, a następnie tymże karabinem zaczął ostrzeliwać uciekającego w popłochu nieprzyjaciela.
Wobec kompletnego ukończenia akcji oczyszczania okolic Myszyńca z rozbitków armii sowieckiej praca bojowa szwadronu policyjnego ograniczyła się do czynności patrolowych. W dniu 8 września szwadron wraz z całym dywizjonem wyjechał z Rydzewa do Kolbieli, stamtąd zaś do Starej Wsi, gdzie pozostawał do 13 września, a następnie w dniu 14-go września szwadron powrócił do Warszawy.
Dowództwo dywizjonu „Huzarów Śmierci” z przykrością rozstawało się z naszym szwadronem. To też na pożegnanie ofiarowało mu swój emblemat — biało-czarną wstęgę z napisem „Za honor i Ojczyznę”, dowódca zaś dywizjonu porucznik Nowicki wystosował do kom. Jezierskiego następujące pismo:
„W polu dn. 13 IX 20 r. Do dowódcy Szwadronu Policji Konnej Łódzkiej, faktycznie przydzielonego jako 3-ci szwadron do Dywizjonu «Huzarów Śmierci» podpułkownika Jezierskiego Andrzeja. Dar pamiątkowy. W pamięci wspólnej krwawej i owocnej pracy w obronie Ojczyzny od dnia 12 sierpnia 1920 r. do 14 września 1920 r. ofiarowuje się emblemat Dywizjonu «Huzarów Śmierci» — biało-czarną wstęgę na znak szwadronowy z napisem «Za honor i Ojczyznę». (—) Józef Siła Nowicki, porucznik i d-ca Dywizjonu”.
Dokument ten, zaopatrzony pieczęcią dywizjonu, został wręczony kom. Jezierskiemu przez por. Nowickiego, równocześnie z wyżej wspomnianą biało-czarną wstęgą, przed frontem wszystkich szwadronów dywizjonu, które prezentowały broń.
Pobyt szwadronu w Warszawie przedłużył się do 18 września, w którym to dniu szwadron wyjechał do Łodzi przez Błonie, Sochaczew, Łowicz, Główno i Łagiewniki. Wszędzie witano żołnierzy policyjnych z całą serdecznością i entuzjazmem. Najserdeczniej jednak i najbardziej owacyjnie powitano ich w rodzinnym mieście — w Łodzi. Do miasta swego wjeżdżali oni poprzez bramy triumfalne, przy których witali ich przedstawiciele władz z wojewodą łódzkim Kamieńskim na czele, przedstawiciele wojskowości, prezydent miasta i tłumy publiczności, które kompletnie zarzuciły ich kwiatami. Na cześć żołnierzy policyjnych — miasta Zgierz i Łódź wydały bankiety.
Szwadron policyjny był w szczęśliwszej sytuacji od 213 o. p. p., gdyż miał możność walczenia z wrogiem. I walczył wszędzie po bohatersku, jak przystało na żołnierza i policjanta polskiego. To też dzieje bojowe tego szwadronu zostaną zapisane złotemi zgłoskami w dziejach korpusu Policji Polskiej. O żołnierzach policyjnych, którzy w tym szwadronie walczyli, możemy bez przesady powiedzieć, że „nie było imprezy, na którą nie byliby gotowi się porwać”.
Na początku grudnia 1931 roku kilka polskich gazet opisało przelot niemieckiego samolotu oznaczonego znakiem D 1719, który miał naruszyć polską przestrzeń powietrzną nad Zawadami i Brodowymi Łąkami. Według relacji maszyna przeleciała na bardzo małej wysokości (około 25 m) i po przebyciu od 15 do 30 km nad terytorium Polski wróciła do Prus Wschodnich. Świadkowie twierdzili, że na pokładzie znajdowały się dwie osoby ubrane w mundury Reichswehry. Prasa podkreślała, że podobne incydenty zdarzały się coraz częściej, a polskie władze zapowiedziały złożenie protestu dyplomatycznego przeciwko naruszaniu granicy i postanowień obowiązującej umowy lotniczej.
Wydarzenie miało miejsce w okresie napiętych stosunków polsko-niemieckich. Republika Weimarska nie uznawała ostatecznego kształtu granicy ustalonej po I wojnie światowej i prowadziła politykę rewizjonistyczną wobec postanowień traktatu wersalskiego. Szczególnym przedmiotem sporów pozostawały Pomorze, tzw. korytarz pomorski oraz Górny Śląsk. W tym czasie dochodziło do licznych incydentów granicznych i wzajemnych oskarżeń o naruszanie przestrzeni powietrznej. Opisany przelot wpisywał się w atmosferę rosnącej nieufności między oboma państwami, choć nastąpił jeszcze przed dojściem Adolfa Hitlera do władzy (1933) i przed podpisaniem polsko-niemieckiej deklaracji o niestosowaniu przemocy z 1934 roku.
EXPRESS PORANNY. R. 10, 1931, № 333, str. 1
EXPRESS KALISKI. R. 7, 1931, № 334, str. 1
Samoloty niemieckie na terytorium Rzeczypospolitej
W ostatnich czasach coraz częściej powtarzają się przypadki przekraczania przez samoloty niemieckie granicy polskiej i odbywania lotów nad terytorium Polski.
Wczoraj samolot niemiecki oznaczony znakiem D 1719 przeleciał z Prus Wschodnich nad polskimi miejscowościami Zawady i Brodowe Łąki. Po odbyciu lotu na wysokości 25 metrów i na dystansie około 30 kilometrów nad terytorium Polski, powrócił do Prus Wschodnich.
W samolocie znajdowały się dwie osoby, które – jak zdołali zauważyć chłopi, przypadkowi świadkowie tego nalotu – były w mundurach Reichswehry.
GŁOS WĄBRZESKI. R. XI, 1931, № 143, str. 1
WIDOCZNIE UPRAWIAJĄ SZPIEGOSTWO
Z Grudziądza donoszą:
Znowu mamy do odnotowania przypadek przelotu samolotu niemieckiego oznaczonego znakiem „D.1719”, który w ostatnich dniach przeleciał z Prus Wschodnich nad granicznymi miejscowościami Zawady i Brodowe Łąki, a następnie, po locie na wysokości 25 metrów i na przestrzeni 15 kilometrów nad terytorium Polski, wrócił do Prus Wschodnich. Samolot ten, w którym znajdowały się dwie osoby, swoim wyglądem zupełnie nie przypominał zwykłych niemieckich samolotów pasażerskich.
Ponadto niemieckie samoloty pasażerskie kursujące na linii Królewiec–Berlin podczas przelotów nad Pomorzem stale nie przestrzegają ustalonej wysokości oraz wyznaczonych tras lotu w północnej części Pomorza.
Władze polskie zamierzają wystąpić z protestem do rządu niemieckiego przeciwko naruszaniu granicy i nieprzestrzeganiu umowy lotniczej.