Spis treści
Apel Polskiego Towarzystwa Czerwonego Krzyża z 1920 roku
Fragment oryginalnego plakatu Polskiego Czerwonego Krzyża z 1920 roku.
[Źródło: Kujawsko-Pomorska Biblioteka Cyfrowa (kpbc.umk.pl), domena publiczna]
GŁOS ZIEMI PRZASNYSKIEJ
R. 2, 1920, № 13, str. 4
26 marca 1920 r. (piątek)
Od księdza St. Plucińskiego, proboszcza z Brodowych Łąk — 56 marek.
[Zbiórka odbywała się podczas trwającej wojny polsko-sowieckiej.]
R. 40, 1920, № 17 (2047). str. 4-5
Czytamy w Gazecie o innych okolicach, niech przeto i o nas przeczytają, jak to się tutaj plotło i plecie. Otóż w kąciku tym Puszczy Kurpiowskiej, w gminie Wachu, czerwiec i lipiec roku 1914 były bardzo piękne, ciepłe, słoneczne. Ludziska patrząc na pola cieszyli się niezmiernie; bo to jarzyny ładne, kartofle w nacinę wyrosły, kwitną pięknie, żyto kłosy ma duże, pełne. W lipcu zaczęły się żniwa; więc w polach rojno, gwarno, śpiewno. Dzwonią kosy, brzęczą sierpy, ludzie pracują ochoczo, bo czas piękny, a praca wdzięczna: gdy plon daje dobry. Wozy aż warczą, raźno śmigają małe puszczańskie koniki, zwożąc zboże do stodół. Miło we żniwa na Puszczy Kurpiowskiej, bo to słaba gleba, przednówek długi, to też raduje się każdy, a zwłaszcza ubogi: bo to żarna domowe przerobią ziarno na mąkę, będzie chleb z nowego żyta, głodu nie będzie.
Ale za ciszą szemrało coś, jakiś niepokój wychylać się zaczął. Dnia 24 lipca rozeszła się wieść, że na kolei w Ostrołęce ruch ogromny, dużo przejeżdża oficerów, żołnierzy, a twarze mają jakieś zestrachane... Coś to niedobrego wróży! Dnia 26 lipca żołnierze pilnujący tu pruskiej granicy poczęli uciekać w trwodze, rozsiewając wieści, że Niemcy idą. Na pograniczu i w dzień, i w nocy — ogień; to paliły się domy i stajnie straży granicznej około Dudy, Cuplu, w Cyku i dalsze. — Pierwszego sierpnia przyszło urzędowe zawiadomienie: „Niemiec, odwieczny wróg, świętej matce Rosji wojnę wypowiedział” — padła trwoga na Puszczę. Następnych dni we wsiach Surowem, Czarni, Ruchajach zjawili się pierwsze niemieckie „czuby”. Z początku żołnierze niemieccy uspokajali ludność, mówiąc: „Cicho, matki! Nie bójta się, my wasze, wy nasze”. Okrutnie jednak byli ciekawi, skrzętnie przetrząsali obory, stajnie, stodoły itd. Czy to żołnierz, czy oficer, każdy najpierw zaglądał do koni i bydła.
Przeszło trochę czasu, aż pomaleńku i rosyjskie straże zaczęły podchodzić i podglądać. Lecz czyniły to trwożliwie. Trwało to, dopóki Moskal nie zgromadził nieprzejrzanej ćmy wojska. Ruszyło to wszystko do Prus, a na pierwszy ogień szli Polacy, zapasowcy starsi wiekiem. Szli pomiędzy mazurskie jeziora, na śmierć, na zatracenie. Zdawało się, że wojska rosyjskiego całe Prusy w sobie nie pomieszczą. Zdobyli najpierw pruskie miasteczko Wielbark, dalej Szczytno. Zwycięstwo! Dalej Olsztyn... Tam coś marudnie iść zaczęło. Armaty strasznie grzmiały, ziemia drżała, huk w powietrzu nieustający całe dnie i noce. Nam się zdawało w naszych wioskach, że „Rusek” Niemca do morza zapędzi, boć miał go „czapkami zarzucić”, więc tym bardziej armatami zapędzi. Stało się jednak inaczej.
Po upływie kilkunastu dni zaczęli urywać się z Prus i uciekać z powrotem najpierw kozacy — po jednemu, po kilku, po kilkunastu, bez broni, bez czapek, bez butów, a niektórzy i bez... spodni. Za kozakami cofało się, pobite przez Niemców, całe wojsko rosyjskie, pomieszane jak groch z kapustą. Niewielu tylko wróciło Polaków, którzy polegli wśród jezior mazurskich lub dostali się do niewoli. Od tej pory rozpoczęły się walki małych podjazdów. Co dzień były w wioskach nad granicą napady i strzelanina. Gdy oddział rosyjski zoczył [zobaczył] Niemców, to okrutnie do nich zza naszych domów i stodół strzelał; gdy zaś sam został dostrzeżony, to brał nogi za pas i walecznie... uciekał. Niemcy też już teraz byli rozgniewani nie tylko na Moskali, ale i na Polaków. Co wpadł oddział do wioski, to zabierał kilka koni, kilkanaścioro bydła. „Psotują Niemcy, psie juchy!” — mówili puszczanie. Zaś psota nie ograniczała się do samego tylko rabunku. Zaczęli Niemcy palić; tak spalili, polewając naftą, 12 domów we wsi Cuplu i 12 w Cyku. Spalili wsie: Pełty i Dąbrowy i miasteczko Myszyniec. Gdzie tylko im się nie powiodło, to wnet odpowiadali ogniem. Wojna występowała w całej dzikości. Cóż winni biedni mieszkańcy, że, dajmy na to, w jednej z tych wsi Rosjanie zabili Niemca, w drugiej zranili, a w innej postrzelili im konia? Moskal uciekł do Kadzidła, a Niemiec, mszcząc się, pali wieś, za postrzelonego konia bierze dziesięć naszych. Paliły się też wioski dookoła.
W dzień św. Szczepana do wsi Surowego, Czarni i Ruchaj przyszło kilkuset Niemców z armatami i zabrali, co się dało z dobytku. Dopiero 7 stycznia 1915 roku jak olbrzymia rzeka napłynęli do gmin Wach, Zarębów Przasnyskich [Zarąb] i Myszyńca. Zajęli 8 wiorst przestrzeni od granicy. Okopy szły przez wioski Brodowe Łąki, Zawady, Bandysie, Olszyny, Zalesie i Wach. Odtąd mieliśmy ich stale aż do 25 lipca. Gospodarowali w naszych chatach, oborach, stajniach. Rozpoczął się rabunek do żywego. Czerwony Krzyż niemiecki, mający opatrywać i dozorować rannych, cały czas wolny przeznaczał na przeszukiwanie i rabunek. Znaleźli też wszystko, co gdziekolwiek było ukryte, co przedstawiało choćby maleńką wartość. Odżywiali się znakomicie, nie żałowali polskiego mienia. Brali na swe potrzeby tylko bydło lepsze; mięso jedli obficie, lecz tylko gatunek przedni, lichsze wyrzucali na śmiecie. Za zabrany dobytek dawali kwity. Szkoda, że je później wycofali, płacąc niby należność, gdyż kwity te warte były, żeby je poznano w całym świecie. Oto treść niektórych: „Za konia, wziętego dnia 15 marca 1915 r., Mikołajewicz zapłaci”, „za krowę wziętą d. 26 lutego należy się 15 marek”, „za cztery gęsi, wzięte od Michała, niech Michał mnie pocałuje...” i tym podobne niedorzeczności. Pijany żołdak niemiecki wypisywał na kwitach, co chciał, — ot, szydził. Zdarzało się często, że właściciel zrabowanego konia, krowę lub zboże nawet i kwitka nie dostał, lecz tylko kilkanaście kijów. Z wiosek, leżących na granicy bojowej, mieszkańców usuwano, zabierano do Prus. Skarżyli się wygnańcy po powrocie, że ich w Prusiech pędzono do roboty, źle żywiono, bito. Innych znowu spędzono do jednej wsi, jak na przykład tutaj do wsi Bindugi; tam kilka tysięcy puszczan mieszkało w oborach, często o głodzie. Niektórych trzymano w zagrodach z kolczastego drutu. Mieszkańcom wsi nie pozwalano się wydalać. Jeżeli kto omylił czujność niemiecką i wyrwał się po żywność albo do kościoła, to po powrocie przywiązywano go do słupa i bito.
Matko, pamiętaj o mnie – głosuj za Polską
Polski plakat propagandowy z okresu plebiscytu na Górnym Śląsku w 1921 roku.
[Ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. 1-H-432-2]
GAZETA ŚWIĄTECZNA
R. 41, 1921, № 12 (2094), str. 7
20 marca 1921 r. (niedziela)
Na głosowanie na Górnym Śląsku:
Ks. prob. S. Pluciński i A. Kowalski
zebrane w parafii Brodowych Łąkach 2952 marki.
Razem: 127 rubli 10 kopiejek i 175 344 marki 86 fenigów.
Z ogłoszonymi zaś poprzednio: 607 744 marki i 87 fenigów oraz 2368 koron 80 halerzy i 1143 ruble 75 kopiejek.
Łącznie zaś z ofiarami nieogłoszonymi jeszcze dotychczas z powodu braku miejsca w „Gazecie”, w redakcji „Gazety Świątecznej” do dnia 15 marca włącznie złożono na Górny Śląsk 904 634 marki i 70 fenigów, prócz drobnej kwoty koron i rubli.
Wszystkie te ofiary będą z kolei ogłoszone.
KURJER WARSZAWSKI. WYDANIE WIECZORNE
Poszukuję wspólnika z kapitałem od 10—15 tys. złotych do odbudowy wodnego młyna. Brodowe Łąki, pow. Przasnysz, poczta Chorzele. Linią kolejową Wileńską, stacja Parciaki.
Do rejestru handlowego, działu A, sądu okręgowego w Mławie wciągnięto w dniu 31 grudnia 1928 roku pod numerami R. H. A.: [...]
„Józef Wilga”, sklep spożywczy i sprzedaż wędlin w Brodowych Łąkach, gminy Zaręby, powiatu przasnyskiego, istnieje od 1 stycznia 1928 roku.
Józef Wilga w Brodowych Łąkach. Żonaty, intercyzy nie zawarł.
BIECHOŃSKI JERZY,
komisarz Kom. Gł. P. P.
Dalsze dzieje bohaterskiego szwadronu policyjnego
Marsz przez puszczę Kurpiowską
Ofensywa wojsk naszych, po przełamaniu oporu nieprzyjaciela, trwała na całym froncie. Żołnierz sowiecki — zdemoralizowany, głodny i przemęczony, klął na swych dowódców, nie myślał już o zdobyciu „pańskiej” Warszawy i marzył jedynie o tym, aby ocalić własne życie. Nasze Naczelne Dowództwo postawiło sobie za zadanie, aby siły nieprzyjacielskie zniszczyć zupełnie i zmusić je do poddania się względnie zepchnąć na terytorium Prus Wschodnich. Zadanie to, wymagające ogromnych mas wojska, których nam brakowało, zostało mimo to jednak w znacznej mierze wykonane. Teren działań wojennych 1-szej armii w tej wielkiej bitwie, którą toczono na przestrzeni setek kilometrów, był szczególnie trudny, poprzecinany bowiem masą rzek, rzeczułek i strumyków, nadzwyczaj lesisty, a często — pełen moczarów i błot.
Szwadron policyjny otrzymał w dniu 20 sierpnia rozkaz oczyszczenia z nieprzyjaciela puszczy Kurpiowskiej. W związku z tym tegoż dnia pod wieczór szwadron opuścił Wyszków i wjechał w niezmierzone bory, biorąc kierunek na Ostrołękę. Armia sowiecka po klęskach ostatnich cofała się w bezładzie i wiele jej oddziałów, wzajemnie nie wiedząc o sobie, znalazło się na terenie puszczy. To też na kawalerzystów dywizjonu huzarów śmierci czyhały wszędzie niebezpieczeństwa. Sytuację nieco ułatwiała okoliczność, że ludność miejscowa, składająca się z Kurpiów, była w najwyższym stopniu życzliwie nastrojona dla wojsk naszych i tam, gdzie się tylko dało, wojska nasze zawczasu uprzedzano o obecności żołnierzy sowieckich. Dzięki temu niejednokrotnie zyskiwano możność zaatakowania nieprzyjaciela wtedy, kiedy najmniej tego się spodziewał.
W dniu 22 sierpnia, gdy kawalerzyści policyjni już trzecią dobę spędzali na bezustannych walkach z wrogiem, spotkani wśród lasów Kurpiowie zawiadomili kom. Jezierskiego, że w odległej o parę kilometrów smolarni znajduje się oddział sowiecki, składający się ze 100 ludzi, który ma ze sobą 2 armaty. Na skutek tej wiadomości kom. Jezierski wysłał natychmiast 2 patrole po 10 ludzi: jeden ze st. wachm. Wieczorkiem i plut. Majchrzakiem, drugi z plut. Braunem. Po upływie paru godzin patrole spotkały się z sobą i to w momencie najbardziej decydującym, gdy oddział sowiecki przygotowywał się właśnie do odmarszu. Ponieważ nie było czasu do stracenia, więc st. wachmistrz Wieczorek objął natychmiast komendę nad całością i, wybrawszy możliwie najodpowiedniejszy moment, zaatakował bolszewików. Dowódca oddziału sowieckiego, nie orientując się, z jakimi siłami ma do czynienia, zdecydował się dość szybko na poddanie się. W taki sposób w rękach policyjnych kawalerzystów znalazły się zdobyczne armaty, około 100 jeńców, karabiny ręczne, konie z uprzężami i kilka wozów taborowych. Jeńców i zdobycz odesłał natychmiast wachmistrz Wieczorek pod eskortą obu patroli do kom. Jezierskiego.
Ponieważ w międzyczasie dowiedział się on od smolarza, że w pobliżu znajdują się jeszcze drobne oddziałki sowieckie, zabrał więc z sobą plut. Majchrzaka i pojechał z nim na dalszy wywiad. Obaj dojechali spokojnie do wsi Lipniki. Tam Kurpiowie uprzedzili ich, że przed chwilą przybył do wsi patrol kozacki, złożony z kilkunastu ludzi, i że jedzie właśnie w kierunku na Wieczorka i Majchrzaka. O zaatakowaniu nieprzyjaciela we dwóch nie mogło być oczywiście mowy. Obaj więc podoficerowie postanowili gdziekolwiek ukryć się i kozaków przepuścić spokojnie obok siebie. Ale Kurpiowie widocznie innego byli zdania, gdyż po wymianie porozumiewawczych spojrzeń między sobą zaczęli znikać i po chwili pojawili się znowu, ale już uzbrojeni w flinty i dubeltówki, a nawet karabiny. Zebrało się ich wnet kilkunastu. W taki to, nieoczekiwany zupełnie sposób st. wachm. Wieczorek i plut. Majchrzak stanęli na czele oddziału Kurpiów, którzy oddali się im sami pod komendę, zaproponowali natychmiast zaatakowanie kozaków. Wieczorek jako starszy stopniem służbowym objął natychmiast komendę nad całością i rozdzielił oddziałek na dwie części. Wkrótce też kozaków, jadących wolno i ostrożnie, wzięto w ogień z dwóch stron. Już po pierwszej salwie kozacy rozpierzchli się na wszystkie strony. Kilku z nich uciekło, kilku natomiast dostało się do niewoli, byli bowiem bądź ranni, bądź mieli postrzelone konie.
Pozostawiwszy jeńców pod opieką Kurpiów, Wieczorek i Majchrzak powrócili do oddziału, zebrawszy po drodze wiadomości o znajdujących się w okolicy siłach sowieckich.
Akcja myszyniecka
Szwadron policyjny po oczyszczeniu puszczy Kurpiowskiej, ulegając ogólnemu rozpędowi ofensywnemu, imał bokiem na zachód Ostrołękę i tam zetknął się z cofającymi się oddziałami korpusu Gaja. Korpus ten, cofając się od Mławy i ciągle wzdłuż granicy Prus Wschodnich, usiłował za wszelką cenę przedrzeć się przez Myszyniec na Kolno i dalej ku wschodowi, byle tylko uniknąć przykrej dla siebie ewentualności przekraczania granicy niemieckiej. Wydobywszy się szczęśliwie z terenu działań naszej V armii, korpus ten znalazł się w przedpolu działań I armii, która tymczasem również znacznie zbliżyła się ku Prusom Wschodnim.
W dniu 23 sierpnia oddziały wojsk Gaja zaatakowały i zajęły Myszyniec, słabo zresztą obsadzony, bo tylko przez jeden batalion naszej brygady Syberyjskiej. W szwadronie policyjnym dowiedziano się o tym od nielicznych zresztą uciekinierów. Powiadomiono więc natychmiast o wytworzonej sytuacji podpułk. Tommego, dowódcę 19 brygady piechoty, oraz dowództwo I armii. W związku z wytworzoną sytuacją, na skutek rozkazu dowództwa I armii, cały dywizjon huzarów śmierci został odkomenderowany z dowództwa 10 dywizji do dyspozycji 8 dywizji piechoty pułkownika Burhardta-Bukackiego. Należy tu nadmienić, że zajęcie Myszyńca przez wojska Gaja uczyniło chwilowo z tego miasteczka poważniejszy punkt oporu dla cofających się wojsk sowieckich. Dowództwo naszej I armii, pomne swych zadań co do rychlejszego zniszczenia sił wroga, nie mogło do tego dopuścić w żadnym wypadku i zdecydowało, aby korpus Gaja wyprzeć możliwie najszybciej z Myszyńca.
W związku z tym utworzono ze składu 17 dywizji piechoty tzw. grupę myszyniecką pod dowództwem pułk. Butkiewicza, która wyruszywszy z Przasnysza szła na Brodowe Łąki, Olszyny, a następnie poprzez Wach ku Myszyńcowi. Jednocześnie ze składu 8 dywizji piechoty wydzielono specjalną grupę wypadową pod dowództwem majora Tysieckiego. W skład tej grupy wszedł również szwadron policyjny. Grupa ta już o godz. 6 rano osiągnęła północny skraj Dąbrowy. Z miejscowości tej szwadron policyjny został natychmiast skierowany na Lipniki i następnie na Myszyniec. Pod Wykrotem, znajdującym się w odległości paru kilometrów na południe od Myszyńca, szwadron natknął się na poważniejsze siły z oddziałów Gaja, przez które został natychmiast zaatakowany. Bój trwał przez kilka godzin. Kawalerzyści policyjni, pozostawiwszy konie, walczyli pieszo, posługując się własnymi karabinami maszynowymi oraz zdobytemi uprzednio dwoma działami, z którymi, nawiasem mówiąc, obchodzili się dość nieumiejętnie, ale mimo to — z dobrym skutkiem.
Bój pod Wykrotem trwał do godz. 16 i został przerwany ze względów dość nieoczekiwanych. Oto od strony Wachu dał się słyszeć głuchy grzmot armat. Zdezorientowało to do tego stopnia obie strony walczące, że na chwilę zaniechano wzajemnego, dość intensywnego ognia. Po upływie jednak kilku minut, gdy strzelaninę wznowiono, nieprzyjaciel rozpoczął odwrót na Myszyniec. Kawalerzyści policyjni, atakując ciągle, poszli za nim. Musieli się jednak cofnąć, skoncentrowana bowiem w Myszyńcu artyleria nieprzyjaciela uniemożliwiła im dalsze posuwanie się naprzód.
W rezultacie szwadron znalazł się w bardzo niewyraźnej sytuacji. Niepokojące strzały armatnie od strony Wachu zamilkły wprawdzie, nie zmieniało to jednak stanu rzeczy. Kom. Jezierski i jego oficerowie przypuszczali raczej, że mają na swych tyłach oddziały sowieckie, cofające się na Myszyniec i pozostające w kontakcie ogniowym z naszym wojskiem. Uznając, że szwadron wyznaczone zadanie wypełnił, postanowiono, że podpor. Rozumski i Sarnecki wycofają z większością ludzi na szosę pomiędzy Wolkowem i Dudami Puszczańskimi, znajdującą się na północo-wschód od Myszyńca, gdzie prawdopodobnie powinien dojść major Tysiecki wraz ze swoją grupą. Natomiast kom. Jezierski zdecydował się pozostać z 20-ma ludźmi na miejscu i sprawdzić, co dzieje się pod Wachem.
Podpor. Rozumski i Sarnecki wyjechali natychmiast w naznaczonym kierunku, prowadząc swych ludzi przez lasy i omijając przezornie w dość znacznej odległości Myszyniec, zajęty, jak wiadomo, przez skoncentrowane siły Gaja. Kom. Jezierski zaś, przy zachowaniu wszelkich ostrożności, rozpoczął swoje działania wywiadowcze. Wkrótce też patrole jego zetknęły się z oddziałami grupy myszynieckiej pułk. Butkiewicza i cała sprawa co do uprzednio słyszanych strzałów armatnich wyjaśniła się natychmiast. Oto okazało się, że oddziały tej grupy, posuwając się od Przasnysza, zetknęły się pod Wachem z wojskami sowieckimi, z którymi stoczyły krótką walkę, rozgramiając je. W walce tej użyto dział i właśnie pod Wykrotem słyszano odgłosy tej walki. Cofnięcie się nieprzyjaciela pod Wykrotem na skutek tylko odgłosów tej armatniej strzelaniny od strony Wachu uważano za szczęśliwy omen i wróżono sobie rychłe zajęcie Myszyńca. Myszyniec rzeczywiście został zajęty w parę godzin później i o godz. 19.30 wojska nasze oraz współdziałający z nimi oddziałek kawalerzystów policyjnych wkroczyły do miasta, które zwycięzcom zgotowało serdeczną owację.
Korpus Gaja, po utracie Myszyńca, cofał się śpiesznie na Kolno, staczając ciągłe walki z bezustannie atakującymi naszymi oddziałami. Tegoż jeszcze dnia, 24 sierpnia, około godz. 20 kawalerzyści policyjni, którzy wyjechali z Pod Wykrotu, znaleźli się w lesie o bok szosy pomiędzy Wolkowem i Dudami Puszczańskimi, tj. na drodze odwrotu oddziałów Gaja. Oddziały te szły zmęczone i bezładne obok szosy, środkiem której jechała artyleria. Nie było czasu na wahania się ani na namysły. Podkom. Rozumski rozdzielił oddział ten na 2 części i zaatakował jednocześnie początek kolumny artyleryjskiej i jej koniec. Rozkaz ten wykonano niezwłocznie. Wśród maszerujących oddziałów sowieckich nastąpiło zamieszanie, atak bowiem przeprowadzony był z ogromną gwałtownością. Wskutek wytworzonej paniki, maszerujące na przedzie oddziały, nie orientując się, z jakiemi właściwie siłami mają do czynienia, uciekały pośpiesznie przed siebie. Kolumny, idące z tyłu, postępowały podobnie, z tą różnicą jednak, że nie mogąc uciekać przed siebie, ani też cofać się, ze względu na znajdująca się w pobliżu piechotę naszą, uciekały w lasy. W taki sposób w ręce naszych kawalerzystów wpadło 5 armat wraz z jaszczykami, amunicją i obsługą, końmi i całą masą jeńców. Podkreślić tu należy, że cały ten atak kawaleryjski był niesłychanie zuchwały, bowiem gdyby dowództwo sowieckie zorientowało się, z jakiemi siłami ma do czynienia i zarządziło kontrakcję, prawdopodobnie żaden z naszych kawalerzystów nie wyszedłby cało z tej imprezy.
Noc z 24 na 25 sierpnia szwadron spędził na zasłużonym odpoczynku w Myszyńcu. Dzień 25 sierpnia był wyjątkowo pracowity dla szwadronu, gdyż obfitował w bezustanne utarczki z nieprzyjacielem. Dzień ten poza tym uprzytomnił należycie kawalerzystom policyjnym to, z czego nie bardzo dotąd zdawali sobie sprawę. A mianowicie — przekonali się oni, że omal od momentu rozpoczęcia ofensywy przez nasze wojska stale działali w pościgu za cofającym się nieprzyjacielem, a często na ich przedzie. Linie wojsk nieprzyjaciela i wojsk naszych były z sobą pomieszane i stanowiły w pewnym stopniu rodzaj specyficznego „przekładańca” wojennego. Sytuacja była więc pozornie niewygodna dla obu stron. Wojska nasze górowały jednak nad nieprzyjacielem, owiane były bowiem duchem zwycięstwa i przewagi moralnej. Wieczorem w dniu 25 sierpnia część 33 dywizji sowieckiej zdołała lasami przedrzeć się przez Antorię ku granicy pruskiej i przekroczyć ją. Również pod Lemanem znaczniejsze siły wroga, do 3.000 piechoty, dywizja kawalerii i artyleria oraz znaczna część korpusu Gaja przekroczyły granicę Prus Wschodnich. Oddziały te zostały natychmiast przez Niemców rozbrojone i odesłane w głąb kraju. Pod Lemanem dywizjon huzarów śmierci, działając wspólnie ze szwadronem policyjnym, zaatakował 3 szwadrony kozaków. Atak ten, przeprowadzony z nadzwyczajną energią, zakończył się zwycięsko. Znaczna część kozaków została wycięta, zdobyto 10 karabinów maszynowych i zabrano do 100 jeńców. 80 koni i masę broni ręcznej. Również wpadły w ręce kawalerzystów tabory kozackie, obficie zaopatrzone. W ataku tym kawalerzyści policyjni wykazali swą wyjątkową wartość bojową i dowiedli niezwykłej umiejętności władania szablą.
W dniu 25 sierpnia zostały zlikwidowane właściwe siły sowieckie na terenie objętym działaniami I armii. Część wojsk sowieckich wyginęła w toczonych walkach względnie dostała się do niewoli, części zaś udało się przedrzeć do granicy niemieckiej i przekroczyć ją. To też 8 dywizja piechoty, w skład której wchodził ostatnio szwadron P. P., zaczęła powoli wycofywać się ze zlikwidowanego już frontu. W pierwszych dniach września cała ta dywizja odeszła do Małopolski Wschodniej. Znaczne oddziały kawalerii, a również i dywizjon huzarów śmierci, pozostały jednak na miejscu, celem wyłapywania po lasach uciekinierów sowieckich. Uciekinierów tych, tworzących zbrojne bandy, pełno jeszcze było wśród puszczy Myszynieckiej. Zlikwidowanie tych band ze względu na lesisty teren nie należało do zadań łatwych. Szwadron policyjny, rozkwaterowawszy się w Wolkowie, akcję tę prowadził do 29 sierpnia włącznie. W tymże dniu wieczorem, z rozkazu 8 dywizji piechoty, szwadron odjechał z Wolkowa do Ostrołęki i następnie do Rydzewa, kończąc tem samem okres tzw. akcji myszynieckiej.
W akcji tej wyróżnili się następujący szeregowi: wachmistrz Kurowski, który jako dowódca karabinów maszynowych w dniu 24 sierpnia w boju pod Wykrotem wysunął się osobiście z karabinem maszynowym przed własne prawe skrzydło, omal pod stanowiska nieprzyjaciela i rozpoczął energiczny ogień, a gdy karabin maszynowy zaciął mu się i nieprzyjaciel, korzystając z tego, bardzo silnie ostrzeliwał go, Kurowski stanowiska swego nie opuścił, zdołał karabin maszynowy doprowadzić do porządku i rozpoczął swój ogień na nowo. W rezultacie zmusił nieprzyjaciela do cofnięcia się, a przez to — do załamania się jego linii, co ułatwiło później kontratak naszych kawalerzystów. Również w dniu 25 sierpnia pod Lemanem, gdy szwadron cały walczył z 3 szwadronami kozaków, którzy cofając się usiłowali uprowadzić swoje tabory, Kurowski, działając z niezwykłą przytomnością umysłu, pomimo nadzwyczajnej niedogodności dla siebie sytuacji, potrafił tak pokierować ogniem podległych sobie karabinów maszynowych, że nie dopuścił do odwrotu taborów nieprzyjaciela, które wpadły w nasze ręce.
Niemniejszą przytomność umysłu i męstwo wykazał plutonowy Majchrzak, który pod Lemanem, z własnej inicjatywy, widząc brak opanowania u jednego z szeregowych, obsługujących karabin maszynowy, usunął go i osobiście kontynuował ogień. Pomimo wzmożoną kontrakcję nieprzyjaciela wysunął się ze swoim karabinem maszynowym jeszcze bardziej naprzód, czem zmusił nieprzyjaciela do gwałtownego odwrotu i porzucenia własnych karabinów maszynowych, co przyczyniło się później do zwycięskiego zakończenia boju. Zasługa plut. Majchrzaka jest tem większa, że nie był on fachowo obznajmiony z obsługą karabinu maszynowego i bronią tą posługiwał się zupełnie okolicznościowo.
Na niemniejszą pochwałę od obu wymienionych zasługuje również plut. Bedner Adam, który pod Lemanem, działając pojedynczo, rzucił się na jeden z karabinów maszynowych nieprzyjaciela i zdobył go, a następnie tymże karabinem zaczął ostrzeliwać uciekającego w popłochu nieprzyjaciela.
Wobec kompletnego ukończenia akcji oczyszczania okolic Myszyńca z rozbitków armii sowieckiej praca bojowa szwadronu policyjnego ograniczyła się do czynności patrolowych. W dniu 8 września szwadron wraz z całym dywizjonem wyjechał z Rydzewa do Kolbieli, stamtąd zaś do Starej Wsi, gdzie pozostawał do 13 września, a następnie w dniu 14-go września szwadron powrócił do Warszawy.
Dowództwo dywizjonu „Huzarów Śmierci” z przykrością rozstawało się z naszym szwadronem. To też na pożegnanie ofiarowało mu swój emblemat — biało-czarną wstęgę z napisem „Za honor i Ojczyznę”, dowódca zaś dywizjonu porucznik Nowicki wystosował do kom. Jezierskiego następujące pismo:
„W polu dn. 13 IX 20 r. Do dowódcy Szwadronu Policji Konnej Łódzkiej, faktycznie przydzielonego jako 3-ci szwadron do Dywizjonu «Huzarów Śmierci» podpułkownika Jezierskiego Andrzeja. Dar pamiątkowy. W pamięci wspólnej krwawej i owocnej pracy w obronie Ojczyzny od dnia 12 sierpnia 1920 r. do 14 września 1920 r. ofiarowuje się emblemat Dywizjonu «Huzarów Śmierci» — biało-czarną wstęgę na znak szwadronowy z napisem «Za honor i Ojczyznę». (—) Józef Siła Nowicki, porucznik i d-ca Dywizjonu”.
Dokument ten, zaopatrzony pieczęcią dywizjonu, został wręczony kom. Jezierskiemu przez por. Nowickiego, równocześnie z wyżej wspomnianą biało-czarną wstęgą, przed frontem wszystkich szwadronów dywizjonu, które prezentowały broń.
Pobyt szwadronu w Warszawie przedłużył się do 18 września, w którym to dniu szwadron wyjechał do Łodzi przez Błonie, Sochaczew, Łowicz, Główno i Łagiewniki. Wszędzie witano żołnierzy policyjnych z całą serdecznością i entuzjazmem. Najserdeczniej jednak i najbardziej owacyjnie powitano ich w rodzinnym mieście — w Łodzi. Do miasta swego wjeżdżali oni poprzez bramy triumfalne, przy których witali ich przedstawiciele władz z wojewodą łódzkim Kamieńskim na czele, przedstawiciele wojskowości, prezydent miasta i tłumy publiczności, które kompletnie zarzuciły ich kwiatami. Na cześć żołnierzy policyjnych — miasta Zgierz i Łódź wydały bankiety.
Szwadron policyjny był w szczęśliwszej sytuacji od 213 o. p. p., gdyż miał możność walczenia z wrogiem. I walczył wszędzie po bohatersku, jak przystało na żołnierza i policjanta polskiego. To też dzieje bojowe tego szwadronu zostaną zapisane złotemi zgłoskami w dziejach korpusu Policji Polskiej. O żołnierzach policyjnych, którzy w tym szwadronie walczyli, możemy bez przesady powiedzieć, że „nie było imprezy, na którą nie byliby gotowi się porwać”.
EXPRESS PORANNY. R. 10, 1931, № 333, str. 1
EXPRESS KALISKI. R. 7, 1931, № 334, str. 1
Samoloty niemieckie na terytorium Rzeczypospolitej
W ostatnich czasach coraz częściej powtarzają się przypadki przekraczania przez samoloty niemieckie granicy polskiej i odbywania lotów nad terytorium Polski.
Wczoraj samolot niemiecki oznaczony znakiem D 1719 przeleciał z Prus Wschodnich nad polskimi miejscowościami Zawady i Brodowe Łąki. Po odbyciu lotu na wysokości 25 metrów i na dystansie około 30 kilometrów nad terytorium Polski, powrócił do Prus Wschodnich.
W samolocie znajdowały się dwie osoby, które – jak zdołali zauważyć chłopi, przypadkowi świadkowie tego nalotu – były w mundurach Reichswehry.
GŁOS WĄBRZESKI. R. XI, 1931, № 143, str. 1
WIDOCZNIE UPRAWIAJĄ SZPIEGOSTWO
Z Grudziądza donoszą:
Znowu mamy do odnotowania przypadek przelotu samolotu niemieckiego oznaczonego znakiem „D.1719”, który w ostatnich dniach przeleciał z Prus Wschodnich nad granicznymi miejscowościami Zawady i Brodowe Łąki, a następnie, po locie na wysokości 25 metrów i na przestrzeni 15 kilometrów nad terytorium Polski, wrócił do Prus Wschodnich. Samolot ten, w którym znajdowały się dwie osoby, swoim wyglądem zupełnie nie przypominał zwykłych niemieckich samolotów pasażerskich.
Ponadto niemieckie samoloty pasażerskie kursujące na linii Królewiec–Berlin podczas przelotów nad Pomorzem stale nie przestrzegają ustalonej wysokości oraz wyznaczonych tras lotu w północnej części Pomorza.
Władze polskie zamierzają wystąpić z protestem do rządu niemieckiego przeciwko naruszaniu granicy i nieprzestrzeganiu umowy lotniczej.
„Stanisław Mąka”, wyszynk piwa i sprzedaż towarów spożywczych w Brodowych Łąkach, gmina Zaręby, powiat przasnyski, istnieje od 1 lipca 1931 roku [...]
„Marianna Zbrzeźniak”, piwiarnia w Brodowych Łąkach, gmina Zaręby, powiat przasnyski, istnieje od 28 grudnia 1930 roku.
R. 6, 1935, № 172 (3285), str. 6
23 czerwca 1935 r. (niedziela)
23 czerwca 1935 r. (niedziela)
CODZIENNE SPRAWY CZŁOWIEKA PRACY
Nielegalna konkurencja partaczy
Wielce Szanowny Panie Redaktorze!
Już od dawna miałem chęć i zamiar napisać coś od siebie w sprawie ankiety: „Co jest udręką twojego zawodu?”. Lecz nie miałem odwagi. Dopiero po przeczytaniu w Pańskim poczytnym piśmie, które mam zaszczyt na spółkę z dwoma sąsiadami prenumerować, zdania tej treści: „Piszcie, kochani czytelnicy, śmiało, nie bacząc na to, czy umiecie pisać pięknie lub brzydko, z błędami czy bez” i tym podobnych. To jest chyba jedyne pismo w Polsce, gdzie tak każdemu śmiało i bezstronnie wolno się wypowiedzieć.
Jestem kowalem i ślusarzem z dziada pradziada. Do trzydziestu lat mego życia stale się tylko uczyłem i doskonaliłem w swoim fachu, w Polsce i za granicą. Dopiero po śmierci moich rodziców zacząłem samodzielnie pracować w skromnym warsztacie, odziedziczonym po ojcu na wsi.
Uczciwą i solidną swą pracą wyrobiłem sobie markę na całą okolicę. I pomimo że tu, gdzie mieszkam, w Puszczy Kurpiowskiej pod Myszyńcem, są biedne okolice, bo ziemie ubogie, jednak nigdy mi roboty nie zabrakło. Tak było przed wojną światową i po wojnie aż do roku 1929. Dopiero od tego roku zaczęło się stale pogarszać. A jak obecnie jest, to naprawdę trudno wypowiedzieć – zupełnie jestem bez pracy.
A to dlaczego? Czyżby wszystkiemu był winien szalejący kryzys? W znacznej mierze tak, ale są jeszcze i inne okoliczności, które się na to składają, a mianowicie:
Największą udręką mego zawodu jest niewątpliwie to, że prowadzę swój fach jawnie, ponosząc wszelkie ciężary państwowe i samorządowe, jak to powinien czynić każdy obywatel Polski. Tymczasem namnożyło się co niemiara różnych tajnych warsztacików. Zwiększyła się konkurencja – i dzięki Izbie Rzemieślniczej, która ciągle przedłużała terminy i pozwalała wszystkim samoukom i partaczom bez egzaminu zdobywać karty rzemieślnicze i zakładać sobie kuźnie nawet legalnie.
Rezultat tego jest taki, że solidni majstrowie zostali bezrobotnymi, ponieważ ci tajni nie ponoszą żadnych ciężarów, a ci legalni rekrutują się przeważnie z synów chłopów – rolników, którzy u ojca mają utrzymanie, więc mogą za byle jaką cenę robić – dobre im i na machorkę. A ponieważ tutejsza okolica cierpi niewypowiedzianą nędzę i złotówka jest rzadkością, więc też nic dziwnego, że wszyscy chłopi bez wyjątku uciekają się do tych różnych tajnych, tańszych kowali, nie licząc się nawet z daleką drogą.
Trzeba tu zaznaczyć, że i rolnik na tym traci, bo robotę ma partacką, brzydką i nietrwałą, ale kryzys zrobił swoje – ginie chłop, ginie i rzemieślnik…
Dla przykładu, jak ciężki i trudny jest u nas grosz dla każdego, przytoczę pewne wydarzenie z doby obecnej.
We wsi Brodowe Łąki natrafiono na pewien pokład żużli z poważnym procentem żelaza po dawnych kuźniach nadrzecznych. Firma jakaś z poznańskiego to nabyła i wykopała, co uczyniło parę setek metrów kubicznych.
Działo się to w ubiegłym miesiącu. Odległość do przystanku kolejowego Jastrząbka wynosi boczną, bardzo piaszczystą drogą, 18 km. Zdawało się, że wykopany żużel nie będzie mógł być łatwo i tanio przewieziony do omawianego przystanku, ponieważ konie i wozy tutejsze są w smutnym stanie. Tymczasem co się okazało? Początkowo firma płaciła od 100 kg wagi 1 zł i liczyła się z tym, że będzie musiała jeszcze podwyższyć cenę, jeżeli nie będzie odpowiedniej ilości furmanek. Ale cena jednego złotego trwała tylko dwa dni – dopóki wszyscy się nie dowiedzieli o zwózce.
W trzecim dniu tyle się z różnych okolicznych wiosek fur zjechało, że nabywca natychmiast obniżył wynagrodzenie za przewóz do 80 groszy. Po paru dniach znów obniżył z 80 na 70 gr. Lecz furmanek wciąż było za dużo. Obniżył więc jeszcze cenę na 60 gr – i za tę ostatnią pozwozili wszystko.
Trzeba dodać, że dużo kładli – na jedną lichą furkę po 2 m, 200 kg wagi. Cały prawie dzień i woźnica się napracował, i konia umęczył za 1 zł 20 gr. A niejeden zamiast zarobku poniósł dotkliwą stratę, łamiąc lichy wóz lub marnując konia.
Czy w tych okolicznościach chłop nie będzie szukał chociażby lichego, ale tańszego rzemieślnika? Czy w tych warunkach może rzemieślnik dziś egzystować?
Szyld na kuźni pięknie się prezentuje, ale ona ciągle prawie zamknięta. A żyć i liczną rodzinę utrzymać trzeba, ponosić ciężary różnego rodzaju również trzeba, bo to przecież przedsiębiorstwo, firma…
Kowal spod Myszyńca
EXPRESS MAZOWIECKI : DZIENNIK ILUSTROWANY
R. 7, 1936, № 94 (3567), str. 8
Pan Adolf Kowalewski (Brodowe Łąki koło Ostrołęki)
Przesyłając Panu wyrazy serdecznego współczucia, komunikujemy zarazem, że niestety listu jego zamieścić nie możemy z uwagi na jego rozmiary. Nie umiemy zaś przerabiać czy skracać pisma tej treści, gdzie każde słowo przepojone jest najserdeczniejszym bólem i rozpaczą. Spieszymy natomiast z odpowiedzią na postawione w liście pytania.
Oczywista, że winę wypadku ponosi tutaj kierownictwo szpitala, które za niedozór chorych powinno ponieść odpowiedzialność zarówno moralną, jak i materialną. O ile chce Pan dochodzić zadośćuczynienia ze strony kierownictwa szpitala, powinien Pan przedłożyć skargę karną do prokuratora, a jednocześnie wnieść powództwo cywilne do sądu o odszkodowanie (tym bardziej, skoro zmarły był żywicielem rodziców), oraz o tak zwaną symboliczną złotówkę wynagrodzenia strat moralnych. Wyniki sekcji będą wiadome prokuratorowi i nie pozostaną bez wpływu na bieg sprawy.
List Pana – w drodze wyjątku – przechowujemy do dyspozycji Pana.
[Szpital św. Stanisława Kostki w Przasnyszu otwarto w 1852 r. Na początku XX w. miał ok. 35 łóżek. Budynek został zniszczony podczas II wojny światowej. Po wojnie działalność szpitala kontynuowano w nowej siedzibie przy ul. Szpitalnej.]